Dziennik Pokładowy

… czyli co u Calineczek i reszty kolektywu…

Podziękowania

Kochani, Drodzy, Mili!

Wszystkim, którzy dołożyliście swoją cegiełkę do drugiego wydania Dziennika, czy to korzystając z przedpłaty, czy słownie mnie wspierając, Wszystkim Wam bardzo serdecznie dziękuję.
Chcę, abyście wiedzieli, że sprawy się toczą, wolno z wielu powodów, ale toczą się i jak tylko sprawa się zamknie podam Wam datę premiery – tak się to dziwnie nazywa 😉
A teraz pora na podziękowania osobiste!
Bardzo dziękuję, ściskając wirtualnie dłoń i całując w pultyna:
Bogumile Pudełko – potrójne podziękowania i uściski!
Kochanej Marcie Pach – potrójne podziękowania, uściski i całusy!
Hannie Gasowskiej – Kröhnert
Asi Zarzeckiej
Anecie Ruszkowskiej
Weronice Pellowskiej – Zawistowskiej
Podziękowania niech przyjmą również
Emilia Szwarc – Sierocka
Alicja Sularz
Zbigniew Badziński wraz z piękną Żoną i Dzieciakami!
Ściskam Was wszystkich bardzo serdecznie!

Na dziennik bieżący nie starcza mi sił i czasu. Bardzo nad tym ubolewam i nic nie mogę obiecać. Niestety 🙁

Mam nadzieję, że może w wakacje uda mi się wygospodarować jakiś czas, ale nie chcę się deklarować. Nie wiem co będzie jutro, a co dopiero za miesiąc.
Póki co czas spędzam na codziennych obowiązkach i gonitwie za zdrowotnymi sprawami członków rodziny. W tym swoim.
Czeka nas operacja u Pierworodnego, masę badań u Pierworodnej, masę wyjazdów, pakowania, rozmów do rana itd. Klaruje nam się powołanie zakonne razy trzy. Jedno już bardzo na poważnie – omadlamy. A Maluchy w ciągu dnia nie dają przysiąść. Dają czadu! 🙂

Pozdrawiam najserdeczniej jak tylko potrafię Wszystkich, Czytelniczki i Czytelników oraz każdego

z Was z osobna!

29 lutego 2016r.

29 lutego 2016r.

Ktoś ostatnio (dwóch czy trzech Ktosiów nawet) wyraziło – i tu nie wiem czy swoje zaniepokojenie czy podziw w temacie mojego „dajesz radę”. W sumie nie pierwszy to raz i zapewne nie ostatni, więc nie jestem tym jakoś szczególnie poruszona. 😉

Określenie „dawać radę” jakoś wyjątkowo mnie drażni. Co właściwie znaczy? Jeśli chodzi o to, że moja podłoga lśni, z kuchenki można jeść wprost z pomiędzy palników, a sedes nigdy nie miewa kamienia – to nie, nie daję sobie rady! Jeśli chodzi o to, że moje dzieci są wyłącznie czyste i pachnące, wyglądają jak z żurnala modnych, dziecięcych ciuchów (choć ostatnio kupiłam im sporo nowych ubrań i dziś już odplamiałam nową bluzę Zuzanki) – to również nie, bo mam egzemplarz, z którym trwa ciągła, nieprzerwana „walka” w formie słownej przepychanki o jego czarne pazury (nie mam pojęcia od czego), o jego znienawidzone mycie włosów częściej niż raz na kwartał oraz nie chodzenie w jednych spodniach przez miesiąc. Rzecz jasna walka przynosi owoce raz dobre, raz złe. Czasem odpuszczam, czasem nie. Wszystko zależne jest od sytuacji.

Ale to jeszcze nie do końca to, o czym chciałam napisać. Poczucie nie dawania sobie rady miewam dość często, zwłaszcza po powrocie do domu obu egzemplarzy męskich. Ale sądzę, że to wyłącznie poczucie, zależne od samopoczucia. Można by wysnuć odpowiednią opinię jedynie obserwując i notując… wszystko.

Dożyłam dnia, w którym to moja nastoletnia, piękna córka zaczęła mnie „bronić”, czy jakby to Franek powiedział „obraniać” przed swoimi rówieśniczkami. Nie powiem, żebym czuła się atakowana, ale zacne jest to co robi. Jestem z niej dumna – nie pierwszy zresztą raz i pewnie nie ostatni. 🙂

Jest taka jedna jednostka, która to „nie podobała mi się” od zarania ich znajomości sięgającej pierwszej klasy gimnazjum. Dziewczyna wyraża dość hmmm ostre poglądy w sposób mocno krzywdzący dla innych. Sytuacja nr jeden. Pierworodna zwierzyła się koleżance, że na języku angielskim opisze (takie zadanie mieli) sobotę, bo tego dnia robiła z siostrą duże zakupy i było zabawnie. Koleżanka wyraziła ogrom wzburzenia, bo jak to Wika robi zakupy? ZA MATKĘ? :-O

Posypały się rady: „Powinnaś uprzeć się, że twoim zadaniem jest wyłącznie się uczyć, po czym zamknąć się w pokoju i zabarykadować drzwi szafą – ja tak robię! Oczywiście nie zawsze się uczę, ale przynajmniej nie truje mi głowy i nic nie muszę robić” . OMG! Dobrze, że moje nie mają szaf w pokojach 😉 Na marginesie – mamy cały korytarz szaf, w pokojach zaś stoją półki na książki, łóżka i biurka oraz skrzynki z zabawkami lub przydasiami. Porada zaowocowała już kilka dni później gdy wskazałam czyj jest dyżur na zmywarkę. Awanturą, że oto ja jestem przecież strasznym, podłym tyranem, bo koleżanki nie robią w domu nic, tylko się uczą, a ja wykorzystuję dzieci jak robotników w Chinach. Na drugim marginesie – wstawienie zmywarki trwa ok 7-8 min. przy żółwim tempie. Jestęę tyranem! Opamiętała się i przeprosiła.

Sytuacja numer dwa. Luźna rozmowa co kto w życiu będzie robił. „Ja to zrobię karierę, nie będę jakąś kurą domową co nic w domu nie robi tylko leży!” Tu spojrzenie pełne współczucia w kierunku mojej córki. Córka zaś wymieniła co jej matka robi w domu kończąc na „ i mama jeszcze prowadzi bloga i pisze książki. Właśnie pisze trzecią!”. Żałuję, że nie widziałam przysłowiowego opadu szczęki panny J. Przy tej okazji wyszło na jaw, że mama koleżanki nie robi w domu nic. Gotuje im 80letnia babcia, a sprząta tata. Mama leży i pachnie. WoW! Ja pachnę tylko po kąpieli 😉 i leżę nocą :). Ależ ze mnie uffo.

I tak oto wpadłam na pewien pomysł, który to przy mojej sklerozie nie będzie wcale bułeczką z masłem!

Wymyśliłam dla siebie wyzwanie, którego podejmę się przez kilka dni. Taka postna pokuta 😉

Zważywszy na fakt totalnego braku czasu na kompa, będzie to wymagało ode mnie wyjątkowo heroicznej gimnastyki. Myślę, że warto!

Otóż – opiszę niemal minuta po minucie mój kuro-domowy dzień. Nuda?

Zobaczymy co z tego wyjdzie. Trzy, dwa, jeden…

Ponidziałek.

Nidziałek – to dzień, który przepadł jak kamień w wodę. Ostatnie jego podrygi zakończyłam kole pierwszej w nocy Ewangelią sobotnią.

7:40 – Syn najstarszy wali, stuka, zapina suwaki, wychodzi waląc drzwiami niczym w karczmie na dzikim zachodzie, budzi Majkę. Maja wyje. Uspokajam dydkiem. Idę spać. Misia śpi. Franko śpi, Ojciec w pracy, Córki się szykują.

7:45 – Wpada średnia z oburzeniem, że Antek ją zaraził, boli ją gardło! Zlecam tabletkę do ssania i zmieniam bok. Maja wędruje na moich rękach pod moją kołdrę. Wtula się i zamyka oczy.

7:50 – Maja drze się, że nie chce ze mną spać, chce do siebie. Przekładam, idę siku, dowiaduję się, że Najstarszą mdli, bulgocze jej i boli. Sączy coś z butelki niemowlęcej co jest oznaką braku czystych kubków. Obiecuje iść na drugą lekcje. Okazuje się, że na noc jadła ser, a enzymów nie. Rzucam jej moje specyficzne spojrzenie i wracam pod kołdrę.

7:52 – Maja drze się, że chce zabawki. Podaję kotka (czy coś w ten deseń). Trafiam pod kołdrę. Nakrywam się. Maja wrzeszczy, że nie ta zabawka. Chce dwa małe kotki. Prawie zabijam się schodząc z łóżka – nie znajduję kotków, daję dwie Koale. Zadowolona ssie dydek, zamyka oczy. Napawa mnie to nadzieją na jakieś 2 minuty.

7: 54 – Wyszła średnia. W locie dowiedziałam się, że gardło już ok. Ciekawe czy zdąży!?

7:55,57,59 – Maja woła o dydek, rzuca nim, woła o drugi, rzuca nim, siada i oznajmia, że musi natychmiast zjeść kaszkę.

8:05 – Siedzi z całym pluszowym Zoo, ale wciąż żąda nie tego.

8:07 – Budzi się Misia. Wyje. Prosi o koalę. Maja wręcza jej jednego z braci. Zaczyna się „chcę bajkę!!!!!”. Kapituluję, wstaję.

8:10 – Wstawiam wodę na kaszkę i kawę. Słyszę skrzypienie Frankowego piętrowca, wstaje Młody i prosi o śniadanie, stwierdza, że ma dowody na zdrowy już brzuch. Bardzo się cieszę. Woda się gotuje, na szybko przeglądam wiadomości z kraju, ze świata, fejsa. Udostępniam to co przejrzę później (lub jeśli nie będę mogła zasnąć). Z za ściany słyszę „łąć nam bajkę!” Włączam TV, robię kaszkę. Malinowa, na mleku dla alergików, dodaję kakao – ostatni ich hicior.

8:15 – Franek decyduje, że też zje kaszkę. W ramach doskonalenia samodzielności nakazuję mu by zrobił ją sobie sam, wszak umie. Jednak gdzieś się szwenda czekając aż nakarmię dziewczynki.

8:25 – Maluchy siedzą na brzegu łóżka, pod kocem – jemy kaszkę, dostają Vit C, probiotyk i Vit D oraz tran. Pakuję je na powrót do łóżeczek.

8:30 – Pierworodna szykuje się do wyjścia, przypomina mi, że chciałam jej dać na szkolny obiad. Istotnie, nie zostało mi dużo wczorajszego na dziś, z powodu wczorajszych dokładek. Nie chcąc dawać jej stówy wygrzebuję 16 zł moniakami. Ma zapłacić też Antkowi. Jestem zadowolona ze swojej pomysłowości. Mam zaufanie do Sióstr. Dobrze gotują, zdrowo.

8:40 – W TV leci Tosia i Tymek. Zadowolone Kluseczki przykrywają się kołdrami i oglądają.

8:45 – Gotuję wodę, robię kawę, wybieram ser Tylżycki (jeden z ulubionych), tworzę kanapkę czytając artykuł. Franko robi kaszkę kakaową, wybiera musli, jemy śniadanie.

Wmusiłam jedną kanapkę i pół drugiej – ostatnio nie odczuwam głodu, każdy posiłek jest na siłę. Z za ściany Miśka: „Zlobiłam kupkę!!”.

9:12 – Zlecam Frankowi sprzątnięcie ze stołu. Wybieram ubranka na dziś, przewijam Miśkę z kupy. Zauważam, że parch ospowy na kostce wciąż nie jest strupkiem, gencjanuję drania.

9: 20 – Ubieram i przewijam Majkę, ścielę trzy łóżka, cztery pościele.

9: 35 – Wychodzimy z pokoju otwierając okno. Dziewczynki wyjmują kredki, nowe, eko.

Biorę się za wstawianie zmywarki, z telefonu słucham „Tak mnie skursz, tak mnie złam!” . Przerywam. Frankowi zlecam kąpiel, zanoszę świeże ciuchy.

9: 40 – 9: 50 Zmywam. Wstawiłam zmywarkę, pomyłam dydki i jakieś zabawki które znalazłam w okolicy przepełnionego śmietnika. Przypomniała mi się patelnia. Wyszorowałam ją. Gotuję dydki. Jeden ze śmietnika (nie wiem jak tam trafił!), dwa spod szafy, jeden z dywanu, dwa nowe. Kilka minut raz na jakiś czas ma zbawienny wpływ. Lecą kolejne piosenki. „Jezus siłą mą”, „Jezus daje nam zbawienie”. Misia przygląda mi się i pyta:

– Ciemu tak lobis lęką?

– Macham do Pana Jezusa. – Odpowiadam w sumie zgodnie z prawdą.

– Ooo, fajnie – Misia też macha – on jest nas kochany, tes mu pomacham. Śpiewa ze mną. Ogarniam dwa blaty, wyłączam smoczki. Franek suszy głowę coś do mnie wołając. Wcześniej z wanny śpiewał Michaela Jacksona. Wzywał mnie trzy razy w sprawach jakiś zupełnych dyrdymałów. Gdzieś w międzyczasie dowiaduję się na czacie, że mąż był w pracy na 7:30 – co oznacza, że będzie w domu koło 16:00 – cieszy mnie to, wtedy zabiorę się za odkażanie Franka pokoju i jego WuCecika 🙂 Nie wiem jaki rodzaj biegunki miał, ale wolę dokładnie wszystko wymyć.

10:23 – Do garnka nasypuję makaron, potem tylko zaleję go wodą i ugotuję. Franko rysuje z dziewczynami. Po dwóch dniach izolatki bawi się z nimi z wielką radością. Łykam moje prochy, idę się myć (plan taki znaczy się). Franek bawi się z małymi, że kredki to ludziki po czym zarządza sprzątanie kredek, razem szukamy jednej zagubionej przez Majkę. Nie znajdujemy. Znajduję za to zakurzoną mini deskorolkę, kilka klocków i korek od butelki. Myję to. Stwierdzam, że podłoga wymaga odkurzacza. W jeden dzień zabrudziła się tak, że w niedzieciowym domu wygląd tak pewnie zaraz po zakończonym remoncie. Franek zarządza zabawę w chowanego. Idę się myć (plan taki). Na wózeczek dla lalek pakuję ze stołu w kuchni lokomotywę, Peppę, świnię, krowę, owcę i słonia oraz psa, klocki i widelec dla lalek, odwożę do pokoju. 🙂

10:50 – Idąc po ubrania stwierdzam, że Franko czyta dziewczynom o robalach, obsiadły go na fotelu. Wpatruję się w ten wzruszający widok przez kilka sekund. Dowiaduję się co to jest jelonek rogacz (fuuuj), mijam ich, idę.

11:05 – Jestem w łazience (Alleluja!) Leci z telefonu kolejna piosenka uwielbieniowa. Z tymi piosenkami dzień zawsze jest lepszy! Stwierdzam całą niemowlęcą wanienkę poskładanych suchych ubranek z wczorajszych prań. Muszą poczekać. Zapakowuję pralkę – wszystkie Franka ubrania i piżamy z choroby, dziewczynek leginsy, dwie Frankowe bluzy, jedna czerwona z kapturem i jedna zielona z małpą, majtki i skarpety dopycham moją piżamą zdziwiona, że stała się taka pełna od kilku szmat, dwie kapsułki ludwika (do 8 kg trzeba więcej płynu), trochę Lowelli (czy jak jej tam), 40 stopni, pierze. Sprzątam po Franku, ścieram podłogę, poprawiam przewijak, odwieszam jego ręcznik.

11:12 – Wanna. Lubię te kilka minut tylko dla mnie. Muzykę z telefonu zagłusza prysznic. Miło jest być umytym. Próbuję zapamiętać, że wstawiłam piżamę i muszę do wieczora wyjąć drugą. Stwierdzam brak pasty dla dorosłych (zawsze potwornie mnie to wkurza), zęby myję różową pastą z księżniczkami. Smak gumy do żucia dla dzieci. Bleee. Odnotowuję, że mój ręcznik od 1szej w nocy niestety nie wysechł, wycieram się mokrym, zimnym próbując nie kląć. Wychodząc z wanny oceniam ilość prania. Koc Pierworodnej (duży, mięsisty, puchaty plus wielki miś) na podłodze woła o pomstę do nieba. Dwa pełne kosze i coś pomiędzy. Cieszy mnie ten widok, bo to znaczy, że pozbyłam się już Alp z podłogi. W umywalce sterczą mokre ręczniki. Polecą jako drugie, koc jako trzeci.

11:16 – Smaruję się kremem męża. Ahh ten zapach. Wyrzuty sumienia, że to robię zagłuszyłam zakupionym, nowym jego kolejnym opakowaniem, dużym i bardzo promocyjnym (8 czy 7 zł). Stwierdzam brak majtek! I dezodorantu! Grrr. Przeklęłam w myśli, ale walczę dalej. Przypominam sobie o wanience z ubraniami, znajduję majtki. Takie czerwone, wielkie, sztuczne do granic możliwości gacie na wacie! Skąd ja mam te odrażające majty nie mam różowego pojęcia. Cóż siła wyższa, zakładam z obrzydzeniem. Naciągam jedną z moich ulubionych koszulek z Endo – na długi rękaw, z napisem „Rano nie pracuję!”. Lubię ten rodzaj sarkazmu. Z szafy wyciągam miętowe, welurowe dresy z BonPrixu. Ach jak miło. Włosy zostawiłam we wczorajszym nieładzie, ale szkoda mi czasu – zaplanowałam pisanie.

11:25 – Dzieci się bawią. Franek zbudował im scenę z bujaków, kurtynę z narzuty i lalkami z Toy Story, które dostały pod choinkę robi im teatr. Siedzą zamyślone i wpatrzone, chwalę i znikam.

11:35 – Siadam do kompa. Wpada Franek, chce już jeść – po chorobie wrócił mu apetyt i jest wilczy. W ramach uzupełniania elektrolitów i świństw pozwalam mu wypić napój dla sportowców. Zagląda mi przez ramię. Proszę by dał mi jeszcze kilka chwil. Idzie się bawić. O coś się kłócą by po chwili zatonąć w zabawie. Słyszę jak Misia proponuje zabawę w szkołę, Franek wymyśla jednak wycieczkę. Cieszy mnie ta chwila spokoju, w tym czasie wywietrzyłam też kuchnię, w której siedzę i piszę. Nowa klawiatura jest dość przyjemna i cicha. Stwierdzam jeszcze, że kuchenka od wczoraj nie wygląda źle. Raduje mnie myśl, że na dziś wciąż mam obiad. Planuję sprzątanie. Łykam tabletkę na głowę (znowu boli) i otwieram energetyzera. Ciśnienie zdecydowanie jest dziś niskie. Wiem, że to nie zdrowe – zarówno energetyzer jak i tabletka, ale chcę odkurzyć, muszę wspomóc moje siły wewnętrzne. Za oknem szaro, okna też szare. Kiedyś umyję. Teraz poświęcam chwilę czasu na pisanie. Cieszy mnie, że piszę szybciej od maszynistki. 😉 Franek zdjął już maseczkę. Dobra, niech będzie. Kupa Miśki nie była dziś już rzadka, napawa mnie to ogromną nadzieją, że jednak nie będą chore. Zastanawiam się jak tam Antek. Wieczorem moczyliśmy nogi w musztardzie na rozgrzanie. Medycyna domowa 😉 Dostał dużo Vit C. Musiał iść do szkoły. Podpisał kontrakt, ma las pał do poprawienia i za dużo nieobecności. Ważą się już jego losy bycia w szkole u Sióstr. Mała Średnia rano nie skarżyła się już na pęcherz. Wieczorem uszykowałam jej kolejny Urosept na rano i tabletki z żurawiny. Wraca dziś po 7 godzinach, będzie koło 14:35. Wika po 8śmiu, będzie koło 16:00. Antek ma być w internacie, ale prosiłam by wrócił się wygrzać. Zwolniliśmy go z Wfu.

11:45 – Franek wpada i oznajmia, że dał mi już godzinę, bo poszedł się bawić o 11:11. Nie wiem jakim cudem… coś mi umknęło 😉 Zaraz… opuścił się chłopak z matematyki ;). Ponoć lecą w kosmos – wybiegł, żeby go nic nie ominęło. Kończę pisanie. Idę po odkurzacz.

11:55 – Poprawiam błędy. Muszę iść!

11:57 – Rzut okiem na maile – nie odpisali mi z OdpalProjekt – zaczynam się z tym źle czuć!

Reszta relacji za jakiś czas. Może po obiedzie 🙂

W mailach słowa na dziś i wczoraj. Jakże w moim życiu obecne:

Apostoł Paweł napisał: Ludziom bogatym w dobra tego świata nakazuj skromność; niech nie liczą na niepewne bogactwa, lecz na Boga, który obficie obdarza nas wszystkim, co niezbędne do życia.”

1 do Tymoteusza 6,17

i drugi:

Paweł i Sylas – naśladowcy Jezusa – powiedzieli: Wierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony.” Dzieje Apostolskie 16,31

12:00 – Wstałam od kompa.

12:02 – Podaję drugie śniadanie. Dziewczynki wciągają deserki (mus) z tubki, tym razem Kubusiowe (jabłko, banan, marchew, truskawka), Misia każe się karmić:

– Kalm mnie, jestem za stala zeby jeść sama, musisz więc mnie nakalmić. – Karmię więc.

Frankowi kroję banana, posypuję kakao – czego się matka nie ima by dzieć zjadł trochę witamin, trochę taka forma „przymusu”, ale smakuje mu, więc sama nie wiem gdzie ten mus – oraz eko herbatniczki w fikuśnym kształcie. Dziewczynki dostają eko słoneczka we wspólnej miseczce zaraz po zjedzeniu musów. Siadają na mamucich, jasno pistacjowych krzesełkach, których oparcia dobitnie pokazują talent rysowników, różowa miseczka staje między nimi i zaczynają szamanie z chrupaniem. Są słodziaszcze, targam ich włosiny, przytulam i całuję. Obdarowywują mnie szczerymi uśmiechami i stękają z zadowolenia – smakuje! Frankowi nie wchodzi, wyrzuca. Zażera się Knapersem – zezwoliłam mimo poniedziałku, bo w dni słodyczowe nie mógł go dostać. W tym czasie mam już odkurzacz (Franko przyniósł), odpalam i odkładam. Zatrzymuję zmywarkę – okurzacz, zmywaka i pralka to za duży pobór prądu naraz. Włączę ją po odkurzaniu. Patrzę przez okno – pada śnieg. Odkurzam kuchnię wyciągając masę rzeczy z każdego niemal kąta. U dziewczynek pod stolikiem z trudem unikam wciągnięcia kilku innych kredek (kupione w piątek) i inszych duperałek. Z pod kojca wyciągam pluszaki, mini kocyk z głową żaby w kolorze zielonym, lalkowe ubranko, skarpety Pierworodnej (grrr), koszulkę Zuzy, rolkę od srajtaśmy i małe literki z dziecięcych Scrabli obiecując sobie, że dziś jeszcze pozbędę się tego zawalikąta w postaci kojca. Przejeżdżam plecaki, całe w kociej sierści. Franko dźwiga nogi do góry. Dokładnie wyprzątnęłam spod dużego i małego stołu. Jadę koło śmietnika, góra tam upchnięta zaczyna się zawalać. Przerywam, przekładam czubek góry do reklamówki nieco złoszcząc się wewnątrz z powodu tego faktu. A fakt ten oznacza, że kolejny raz zostałam olana w sprawie wynoszenia odpadów na czas.

Młodzi wciąż jedzą, wyjeżdżając na przedpokój polecam Frankowi mieć je na oku i zmycie swojego talerzyka – co grzecznie robi. Przedpokój grrr. Nie lubię tej części domu. Nie zależnie ile razy dziennie ułożę buty, zawsze są porozwalane. Podejrzewam, że jedynie zamykany na klucz sejf był by w stanie utrzymać je w jednym miejscu. Zaczynam od wyjścia z kuchni i jadę do WC, odkurzam żwirek kota uświadamiając sobie, że kupę w kuwecie widzę już któryś raz, ale jeszcze nie będę się nią zajmować. Wspominam koci lęk przed odkurzaczem i zastanawiam się gdzie znalazł kryjówkę. Odkurzam pod szafką, wciągając skarpety Najstarszej, łapię w porę, odkładam, wpada klocek, zdążam złapać, kubeczek dla lalki, literka ze Scrabli, kolejno wszystko ładuję do kieszeni moich ulubionych, welurowych dresów. Za to też je lubię. Przypomina mi się wycieraczka, cofam się zobaczyć co robią w kuchni – jedzą! Misia trzyma miskę słoneczek przy sobie. Po chwili trzask, wracam – wszystko na podłodze! Franek zbiera, kazałam wyrzucić, wczoraj właziłam w butach do kuchni. Nasypuję kolejną porcję prosząc by nie stało na brzegu. Jestem nieco poirytowana, bo paczka jest mała, czasu jest mało, a odkurzania 111m. No mniej odejmując balkony. Jadę dalej. Wycieraczka, otwieram drzwi pod którymi w progu widzę zgnieciony na wióry słony paluszek – WTF? 😉 Odkurzam dokładnie całą wycieraczkę. Zamykam drzwi i uświadamiam sobie, że zbierałam szczotką błoto. Wracam do kuchni, nalewam żel odkażający na rękę i przejeżdżam nim szczotkę. Latem pewnie mniej bym się brzydziła brudem, teraz chodzimy po zimowym błocku. I ta pora, te choroby, przykleja nam się świńska grypa, ptasie gunwo, pieskie życie! Przypomina mi się mama zrzędząca, że u nas jest zbyt sterylnie. Szkoda, że nie wie, że podłogę myję rzadziej niż raz w miesiącu. No może lekko przesadziłam, ale naprawdę nie ma jak ani kiedy. To jakby zamiatać liście w trakcie wiatru. Przypominam sobie, że tydzień temu wykopałam w końcu parowy mop, a przedwczoraj zbiornik do mopa. Planuję zatem, że umyję podłogę. Jadę przez korytarz przegarniając szczotką zabawki i czuję, że boli mnie już kręgosłup. Odcinek lędźwiowy. Wołam do Franka. Chcę, żeby sprzątnęli zabawkowy bałagan w mojej sypialni (moja, Taty i Klusek). Po kilku nawoływaniach drepcą. Przestawiam wózeczek dla lalki pełen zabawek, w myślach przypominając sobie co już zrobiłam, żeby niczego nie pominąć. Jadę przez dziesięciometrowy wąski korytarz próbując bezskutecznie zedrzeć kolejne naklejki „Dzielny pacjent” i „Masza i Niedźwiedź” obiecując sobie, że parowym mopem może dam radę. Wjeżdżam za zakręt, słysząc wrzask.

– Mamooo! – Wyłączam odkurzacz i tak muszę przełączyć kabel, bo właśnie się skończył.

– Co się stało Franiu?

– Dziewczyny mi zwiały do kuchni, wchodzę, a te spryciule zdjęły sobie eko ciasteczka, wlazły pod stół i wcinały je pod stołem.

Pękając ze śmiechu kazałam mu im zabrać. Po chwili głośny pisk dał dowód na prawidłowe wykonanie polecenia.

Znajduję kolejny dydek po szafą – pakuję do kieszeni razem z kolejnymi Scrablowymi literkami, małym klockiem oraz pieskiem z plastiku. Bez żalu połykam odkurzaczem kolejny już mały klocek lego – pal go sześć, mój kręgosłup ma dość!

Dojeżdżam do łazienki mijając pojedynczy wózek dziewczynek pełen poschniętych ubrań zdjętych przez kogoś z jakiegoś dużo wcześniejszego prania, za wózkiem zrzucone jakieś ręczniki, pod wózkiem zabawki i Zuzowy klapek, starą mysz do komputera i parę zakurzonych trampek rozmiar 37. Mam lekki szczękościsk, ale olewam to, teraz nie mam czasu na wózki i ręczniki,chcę zrobić podłogę. Wjeżdżam do WC pochorobowego Franczeska. Na podłodze masa gazet, książka, gąbka i podpaska, trącam wszystko szczotką omijając przeszkody – nie! Postanowiłam się już nie schylać! Będzie to sprzątał, albo hurtem wywalę do kosza. Ciekawi mnie ta podpaska, zwłaszcza, że nikt z WC poza chorym nie korzystał. Widocznie służyła do zabawy, jest zapakowana i czysta, ale zostawiam ją na razie niech leży. Z lekki wyrzutem sumienia, że omijam te wszystkie rzeczy przechodzę do łazienki. Nie starcza mi kabla, idę przepiąć. Przypomina mi się nie umyty pokój chłopaków. Wjeżdżam tam i ogarnia mnie połączenie rozpaczy, bezsilności i złości. Jadę zjadając klocki, okruszki, papierki. Dywan, pod biurkiem omijam skarpetę Starszego, jadę po materacu bez narzuty (robi przecież za kurtynę w teatrze), za drzwiami sterta zabawek nie daje odkurzać, stos kart wybrzusza dywan od dołu. Wychodzę. Ciekawe czy kiedyś będą sprzątać ten pokój w normalny sposób, czy nigdy?! Do dużego nie wchodzę, wczoraj zleciłam go Antkowi i musi to wykonać, zaciskam zęby – Anka, bądź konsekwentna! Pouczam sama siebie. Skręcam znów do łazienki podnosząc i przesuwając wózeczek dla lalki (Drugi! Wkładam do niego jakieś durnostójki leżące pokotem). W łazience za duże ryzyko zatkania czymś rury, jadę więc tylko trochę i wyłączam odkurzacz. Otwieram pralkę, skończyła. Prędko przerzucam pranie do dużego wiadra do kąpania noworodków i ze zdziwieniem stwierdzam obecność białych koszul i podkoszulek. Po chwili przypominam sobie nocne piorąco-schnące pranie białych rzeczy i trafia mnie szlag! Jak mogłam ich nie zauważyć? Dziwne… Odkładam odkurzacz, montuję mopa. Brak szmaty. Poszukuję jej bez skutku. Nakazuję zabawę Lego Duplo na moim łóżku i nie wychodzenie na korytarz. Starą podkoszulkę wiążę zamiast trójkątnej, mopowej szmaty. Jadę, nawet działa. Fajnie jest mieć czystą podłogę. Nie wychodzą! Super. Franko lata. Chce mopa. Miśka z łóżka bardzo mu kibicuje, by w końcu zawtórować, że też chce „drona”. Poprawiam ją, że to mop, pokazuję parę, dają sobie spokój. Jadę po naklejkach Maszy i Dzielnego Pacjenta. Jedna, druga, trzecia, czwarta. Dupa! Jaki to ma u licha klej? Butapren!? Mijam wózeczki dla lalek, znów stały na środku. Przestawiam je pod ścianę. Na wysokości sypialni kontroluję, zabawki faktycznie uprzątnięte z podłogi. Zaraz wrócę tu z odkurzaczem!

13:30 – Mop parowy po przejechaniu całego korytarza wjeżdża do kuchni! Stawiam go w rogu przy lodówce. Najpierw zbieram z podłogi kartki sztuk kilka, na stoliczku dziewczynek kredki, po to by nie spadły przy przesuwaniu. Układam wszystkie w pudełkach. Kupione w sobotę, a już jednej brak, jedna złamana, jedna bez papierka. Czyszczę kilka razy każdy cm 21 metrowej kuchni, wracam do przedpokoju i kilka razy czyszczę terakotę między butami. Ależ mamy ładne terakoty, to był bardzo dobry wybór. Niestety fugi zmieniły barwę, ale to zupełnie nie przeszkadza! Dalej są śliczne!

Kończę, odnoszę mopa do łazienki, myję ręce, wstawiam do prania koc i wielkiego misia. Szlag, zapomniałam o ręcznikach. Wychodząc biorę kupkę (część) prania i wieszam w przedpokoju na sznurku, plując sobie w brodę z powodu koszul. Nie zafarbowały, ale znów są mokre – co za bezsens. Zbieram z Mają klocki. Misia znika, nie uczestniczy. Odkurzam sypialnię.

14:00 – Młody jest już obłędnie głodny, za pozwoleniem wszczął wyżeranie czipsów salami. Wbiegają małe, które przed chwilą jeszcze budowały z klocków. Trwa śledztwo. Ostatecznie poddaję się i zezwalam im zjeść po plasterku. W tym celu myjemy ręce. Mai myje Brat – są w łazience, Miśce ja – w kuchennym zlewie. Maja wpada z mokrymi rękoma, wycieram obu. Zajadają się, a Franko czyta mi na głos skład przysmaku. Znam go i wolę nie słyszeć. Ta odrobina chemii nie powinna wyrządzić im dużo szkody, a jaka rozkosz dla podniebienia 😉 Kiedyś jadły te czipsy i nic im nie było. Franek je kolejny, kolejny i kolejny plasterek. Kazałam przestać, bo popada w przesadę. W końcu ulegam na „jeszcze po jednym”. Franek woła:

– Ja zjem dwa, jeden będzie w nagrodę za moją rudość. – Zaśmiałam się z tego pomysłu mieszając w garze podgrzewającą się pomidorówkę z wczoraj.

– Za rudość?

– No! Bo ruda czyni cuda, a rudy czyni cudy!

– Widziałeś tą koszulkę na fejsie?

– Tak, jest świetna! – To prawda.

Franko chowa się na ławie za monitorem pod pretekstem czytania składu pożera kolejne plastry salami. Kazałam odłożyć! Ech. Z rezygnacją wkłada do ust ostatni plaster i chowa pudełko do lodówki. Za chwilę będzie zupa. Makaron dochodzi, odlewam go na sito. Zupa wrze. Patrzę na zegarek.

14:18 – niedługo wróci Zuza. Kroję dziewczynom makaron, zalewam go zupą, na oddzielnym talerzu gniotę marchewkę, mieszkam i studzę. Piszę do Ślubnego, żeby kupił jeszcze makaronu, mało jest, dwie włoszczyzny, śmietanę, mleczko oraz chleb.

14:00 – Myję kocią miskę, kot materializuje się w ułamku sekundy by miaukami manifestować swój głód, wierci się i wygina. Otwieram puszeczkę mówiąc siad. Siada i czeka, rusza jak kończę nakładać. Wymieniam mu wodę i klepię po kocim tyłku.

14:20 – Misia wyjada mi makaron z sitka, chciała na ręce – wy przytulałam i wycałowałam! Wpada Maja, wy przytulałam również.

14:23 – Wystudzoną zupą idę karmić dziewczynki. Stwierdzam jakąś awarię dekodera. Walczę z nim podłączając jakieś kabelki i resetując, i jakimś w końcu cudem zaczyna działać. Karmimy się w kółko włączając tą samą zygzakową piosenkę – Franko jest operatorem. Zjadły, wypiły syrop, zmieniłam pieluszki, dostały po dydku, zdjęłam trampeczki, leżą odpoczywają. W TV spokojna bajka, lecę odgrzać zupę dla nas. Zdążyła przestygnąć – jest jej mało.

14:33 – Zerkam na zegar nakładając makaron. Zaraz będzie Zuza. Nalewam sobie, Frankowi, pika domofon, nalewam dla Zuzy.

Jemy we trójkę, w tym czasie wpada Maja:

– Włąccie mi tą panią s kucyckami co śpiewa do kwiatka. – Franek idzie, on uwielbia chodzić w trakcie jedzenia i jak tylko może to idzie. Włączył jej coś, ale jest niezadowolona, wyje i wyje. Wołam: „Co tam się dzieje?” . Wpada Maja bez kapci, rękawy podciągnięte do łokci, trzyma się pod boki, za nią wpada Franek, siada i je. Maja zeznaje:

– On nie chce mi łącić tego co ja chcę.

– Ale przecież ci włączyłem – tłumaczy się Franek wciągając makaron – leci właśnie.

– Ale co ti mi mówis za gupoty, jak jakiś, jakiś staly łoś! Eeeeeeee – Wyje znowu. Franek zrywa się i leci włączyć. Maja stoi i wciąż oburzona coś fuka na mnie.

– Maja idź, Franek znów poleciał Ci włączyć! – Pobiegła, wraca:

– Nie jeśtem zmęciona! Nie będę z Miśką lezieć!

Zjadłam, idę je pocieszyć. Przytuliłam.

15:29 – Misia zgłasza ból paluszka – próbowałam właśnie pisać, dopiero siadłam – zlecam Zuzi sprawdzenie czy coś nie wlazło jej do skarpety lub w trampek. Zuza sprawdza, a ja przypominam sobie, że jeszcze jedli czispy z salami i wracam nieco wyżej by to zanotować. Oj ciężki to zadanie z tym notowaniem!

Zuzia przynosi Misię bez skarpety, mały paluszek obtarty. Blokuję klawiaturę, odkażam, naklejam plasterek i naciągam grube skarpety zamiast trampek. Misia bardzo dziękuje. Jest urocza! Znów się łachotamy i całujemy w szyję i nosek.

16:07 – Piszę! Ciągle mi ktoś przerywa, Zuzanna zgłasza głód. Zalecam banana. Franek gra na telefonie. Odmierzył czas. Faktycznie grał tylko pół godziny. Za oknem deszcz. Franek zabił komara! Biega szczęśliwy i woła „Pokonałem komara!”.

16:23 – Wciąż piszę. Bawią się świetnie z Zuzą w sklep. Misia co chwila przynosi mi swoje zakupy i pokazuje „Mamusiu, mam tu moje ziakupki, mam młotek, ublanka dla lalek i duzio piniąszków!”- Chwalę ją, wybiega, wołam za nią „buziaczki”. Zatrzymuje się w pół drogi „Cio powiedziałaś? Buziaćki?” wraca. Dajemy sobie buziaczki, wybiegając woła „kocham cię i lubię mamusiu”. Odpowiadam tym samym. Wraca po ułamku sekundy:

– A cio ja widzię? Masz kitkę? – Mam, moje ni przypiął ni wypiął osiągnęło długość związywalną, a że potwornie mnie łachocze po karku to związałam właśnie. Klucha Miśka wskakuje mi na plecy, przeciska się między mną, a ozdobioną przeze mnie osobiście tynkiem strukturalnym słonecznikową ścianą. Rozpycha się i rzecze:

– Maś tu, potsimaj moje ziakupki. Źdejmę ci tom gumkię. W niej wyglądaś źle, nie jak mama. Wies jesteś za śtala na taką flyziulę! I nie wyglądaś jak moja mama, wies?

Ostatnio rzadko jestem po prostu mamą. Jestem „moją mamą”. Mocuje się kilka chwil, w końcu ściąga mi gumkę, zadowolona roztrzepuje mi włosy i stwierdza, że tak jest „duzio lepiej”. Zabiera swoje zakupki i znika. Maja wyje – wcześnie była niezmęczona, ale teraz wyraźnie jest. Zuza zjada banana, Franek wymyśla zabawę, muszę kończyć i dać drugie danie. Towarzystwo jest znów głodne i zmęczone. Nie rozumiem, dopiero jadły! 😛 Franek planuje makietę – praca domowa! Jej, nie jestem w stanie pisać, co chwila wstaję, zażegnując spory i usuwając trudności. Przy zupie Średniaki potwornie się pokłócili. Zuza zjadła wcześniej i wyszła przed TV, Franko je, ale wybiega i przepraszają się w drugim pokoju. Franko się drapie. Stwierdzam uczulenie na szyi i klatce.

16:27 – Wchodzi Tata (przyniósł zakupy, znów zapomniałam o pieprzu, co za skleroza), muszę podać mu zupę, wstaję. Dokończę potem. Wszak jest już Tata, powinno być łatwiej.

…………………..

22:20 – Usiadłam. Opisać resztę, starałam się nawet pamiętać godziny! Podpieram się nosem i mam poczucie, że nie odtworzę każdej minuty z popołudnia. Młoda obok mnie robi kotangensy z Tatą, Młody chyba już w wannie, reszta mam nadzieję śpi. Między 16:27 a 22:20 zrobiłam pierdylion rzeczy. Bolą mnie ze zmęczenia nawet włosy…. Spróbujmy.

16:39 – Wchodzi Młode (starsze) Chłopiszcze. Na ręku ma plaster. Podaję podgrzaną zupę Ojcu. Chłopiszcze pyta co na obiad, okazuje się, że nie wiedział nic o szkolnym i nie jadł. Opadają mi ręce i drugie danie dzielę na mniejsze porcje by było też dla niego. Ciśnienie dodatkowo podnosi mi info, że Siostra jego rodzona (ta co miała im kupić obiady i najwyraźniej tego nie zrobiła) wyszła ze szkoły wcześniej, a wciąż jej nie ma. Wstawiam do garnka (do tego z którego w międzyczasie wylałam wodę na świeżo mytą podłogę) dwa obiadki ze słoika trzymane na ew. niechęć do jedzenia i podpalam średni palnik by je podgrzać.

17:01 – Wchodzi Najstarsza. Zapomniała kupić obiadów i pała wilczym apetytem. Dzielę obiad domowy na jeszcze mniejsze porcje i czuję jak jednocześnie trzeszczy mi szkliwo. W obecnej sytuacji cieszy mnie fakt, że babka ziemniaczana (kartoflak kurpioski) nie jest w guście moich małych Kluseczek.

17:15 – Jemy drugie danie. W czasie gdy odsmażałam Małe nakarmił Tata. W końcu jakaś ulga, że nie muszę się rozdwajać. Zbieram ze stołu. Proszę Pierworodną o wstawienie zmywarki, jest jej tydzień. Zaszyta w swoim pokoju siadła już do lekcji. Nie przerywa ich, obiecuje, że później to wstawi. Wstawia o 21:35

17:02 – 18:30 – Próbujemy (my – rodzice) dowiedzieć się skąd wzięła się rana cięta na przedramieniu Młodzieńca Gimnazjalisty. Zaczyn kręcić piekiełko. Dokucza bratu, ciągle ich rozdzielam, uspokajam, pyskuje, bezczelnie i ciśnienie podchodzi mi pod korek. Godzinę zbiera śmieci z łazienek by je wyrzucić… Zuzanna robi lekcje. Zwracam wielokrotnie uwagę by nie leżała buzią na książce i nie zasłaniała sobie zeszytu włosami. Młodemu zwracam uwagę by nie chodził bez maski. Olewa mnie zupełnie. Jestem powietrzem. Tylko dlaczego wobec tego wszyscy są najedzeni?

18:35 – Młody Śpiewak wyśpiewuje prawdę. Pokój zwierzeń + On + Tata = nagła szczerość. Koleżanka z klasy wpadła na pomysł wypróbowania na nim swojej żyletki. Podejrzewa ją o depresję. Ja zaś o głupotę. Plaster nakleiła mu pielęgniarka, po tym jak wmówił jej, że nawet nie wie kiedy czymś się skaleczył. Myśl o hipotetycznych źródłach pochodzenia żyletki wysadza mi korek, dzwonię do wychowawcy. Wychowawczyni zupełnie oniemiała, z szoku zaczęła mi bardzo dziękować i głośno wdychać i wydychać tlen. Nie wiem, powinnam z nim iść na jakieś badania, Hiv? Borze! Dlaczego dzieci w tym wieku są tak przerażająco durne? Krew wrze mi w żyłach i wyobrażam sobie co bym zrobiła gdybym tam była, zamiast niego tudzież oprócz. W obliczu jakiejkolwiek krzywdy wyrządzonej mojemu dziecku zupełnie niknie we mnie człowiek, jednocześnie odpalając totalnie wściekłe zwierze. Wydrapałabym oczy do samych nerek. Besztam siebie za mój brak człowieczeństwa. Biorę kilka wdechów. A tak próbowałam od rana spędzać ten czas z Jezusem. Klnę w środku, klnie cały mój wewnętrzny człowiek. Franek dopomina się pomocy przy makiecie, Zuza przy szukaniu sportowych spodenek do Wfu, Kluseczka Miśka wciąż chce na ręce. Maja zrobiła kupę. Przewijam ją, kupa jest rzadka, do przebrania całe ubranko, przewijak do wyrzucenia. Tata pobiera próbkę do badania, zaniesie rano. Martwię się. Pierworodna pomaga, przynosi mi świeże body i nowe spodenki ze spódniczką. Kluseczki wciąż są fioletowe, więc czarne spodenki to najlepszy wybór. Myję ręce, wpada Miśka. Też chce takie spodenki, bo chce wyglądać jak baletnica. Misiek w kilkanaście sekund szczęśliwy staje się baletnicą i próbuje tańczyć przed lustrem. By po chwili znów chcieć na „lęce”. Próbuję ją „upchnąć” tacie, niech się pobawi, poczyta. Leży, odpoczywa. Obie zaczynają zabawę domem dla lalek, który uprzątnęłam zaraz po odkurzaniu, tuż po zebraniu wraz z Mają całej skrzyni Lego i drugiej przyborów do gotowania lalkom.

Znikam. Zuśka zgłasza ból głowy, wyganiam ją do wanny. Idąc za nią stwierdzam, że część prania została mi w wiadrze, wieszam je. Misia pomaga co chwila pytając czyje to ubranko. Uprały się ich nowe bluzeczki i rajstopki. Szukam spodenek Zuzy. Zdecydowanie diabeł je ogonem nakrył.

Dyskutujemy nad planem tworzenia Frankowej makiety do której tworzenia zostałam zaproszona. Wcześniej omówiony projekt wydaje nam się najlepszy. Pudełko po nowych butach Pierworodnego jest do tego idealne, sztywne, całe białe i bardzo duże. Niestety nie bez awantury odzyskuję pudło. Franko przynosi potrzebne akcesoria. Planujemy okna, odmierza rysuje. Nieźle mu idzie. Nieco pomagam. W międzyczasie zabawiając lub spławiając małe. Zanoszę obie do sypialni, Tata śpi. Budzę go by zerknął na Panienki, bo usiłują już zbyt intensywnie pomagać we Franka projekcie. Makieta Akademii Pana Kleksa zaczyna przypominać prawdziwy dom. Dzielę dom ołówkiem równymi liniami na siedem części. Będzie tęczowy. Franko rysuje postaci w oknach. Tworzę z nim bramę z wielobarwnego pudełka po chusteczkach. Z wanny wyszła Zuzanna, proponuje nam swoje rewelacyjne kredki od babci. Pastele czy oleje w plastikowej obwolucie, o grubej średnicy. Przyłącza się i każde z nas koloruje po jednym pasku, Zuza dwa, Franek dach, ja bok, Franek drugi. Po pół godzinie Akademia wygląda ślicznie. Zszywaczem łączę jej dwa elementy. Dorabiamy trawkę i ścieżkę. Franko wymięka, Zuza maluje mu kwiatki, a ten czyta na głos książkę. Wymienia tytuł dodając z dumą „Czyta Franciszek Ignatowski”.

Bawi nas to, więc powtarza tą frazę kilkukrotnie. Wpadają znów małe, robi się zbyt głośno.

19:35 – Proszę Tatę by zrobił kaszkę. Nie możemy opędzić się od Klusek, strach o makietę wzrasta. Misia opiernicza mnie: „Nie lobiś ładnie! To nie było ślićnie! My teś chcemy malować!”. Obiecuję im, że jutro pomalujemy razem kredkami Zuzi. Olejne farbki, bo w zasadzie tym są owe kredki, są zestawem typowym dla dwulatków, ale Babcia kupując je przeczytała, że dla 12sto latków i obdarowała Zuzannę bardzo z siebie zadowolona i zupełnie nieświadoma, że daje jej 12 kolorów kredek dla dwulatków. Zuzanna ofiaruje je dla małych. Mówi, że jej nie są potrzebne czym mnie wzrusza. Ale wiem, że one zużyją je w trzy dni i jest mi jednocześnie jakoś smutno. Planuję kupić jej drugie, takie same. 🙂 Dobre ma serduszko Skarb mały. Makieta wyszła nam super. Chwalę małych robotników, ze szczególnym zaś naciskiem na pochwałę dla Franka. Franko lata, pokazuje każdemu i wraca smutny. Antek powiedział mu tylko eee okej jest. Ech Nastolatkowe puste arbuzy!

20:25 – Tata zabiera w końcu małe do kąpania, nie znajduję spodenek, szlag trafił odkażanie pokoju, już wiem, że nie dam rady, proszę Zuzę by choć przetarła żelem odkażającym klamki co robi chętnie. Antek wyrzuca w końcu śmieci, wcześniej idąc do sklepu po worki, których zauważyliśmy w końcu brak. Myję stół z resztek farb i czuję się strasznie zmęczona. Zarządzam kolację. Pierworodna robi herbatę żurawinową, ja kroję dużego razowca, razem wyjmują produkty i szykują każdy to co lubi. Franko jak zwykle robi kakao rozlewając gdzie się da. Wręczam mu ręcznik papierowy stękając, że znów to samo. Mogłam sobie darować, ale szkoda mi tej zmytej podłogi i stołu. Kot przypomina mi, że jest głodny. Wszak rano jadł jeszcze wczorajszego kurczaka, po południu puszkę, a sucha karma to nie to czego pragnie. Głaskam po łbie, mówię siad i nakładam mu puszeczkę uprzednio wyciągając ją z szuflady pod kuchenką. Zmieniam mu wodę. Czwórka starszych pokłóciła się o paczuszkę krakersów, kupionych wcześniej dla Franka. Ale w końcu był to tylko zamysł, o którym nawet nie wiedział. Zuza zaś pytała o nie rano, a Wika ponoć wieczorem, a Antoni ma przecież najwięcej lekcji i najdalej do domu (tyle samo co Wika). Ciężko mi wybrać szczęśliwca i jest mi smutno, rozważam co robić. W końcu łamię jedną wykałaczkę. Losowanie wskazuje Zuzannę, reszta strzela focha i obraża się na mnie. Wika milczy, Anton się piekli, Franek stwierdza, że najbardziej kocham Zuzię. Zuzi jest przykro, mi też. Wychodzę na chwilę do toalety. Nie lubię takich sytuacji. Rozmyślam nad tym, że małodzietnym jest jednak lżej w takich sytuacjach, ja muszę wszystko kupować razy sześć. Nie zawsze jednak to się udaje. Wychodzę, nie widać już śladu kłótni, Zuzia obiecała, że się podzieli. Wcześniej już to proponowała, ale paczuszka jest tak maleńka, że każdy dostałby pewnie po dwa kawałki. Wychowawca pytała czemu Młody nie je jak jest w internacie. Zastanawiam się nad tym jak grzech lenistwa dokucza człowiekowi. Franek ma dziesięć lat i od trzech lat robi sobie kanapkę do szkoły, raz przy pomocy, raz zupełnie sam. On ma piętnaście lat i kanapka jest dlań zbyt ciężką pracą. Jeśli któraś z Sióstr (Zuza lub Wika) się nie zlituje – nie ma kanapki. Miewam wyrzuty sumienia, ale przypominam sobie jak ciężko miałaby moja synowa i olewam „kanapeczki syneczka”. Głód dupkę ściśnie, zacznie sobie robić. Chyba jestem nieco wyrodna.

Kolacja wrze, towarzystwo świruje.

21:00 – Wchodzi zaśpiochowana i zadydkowana Maja. Odmawiamy z nią pacierz w kuchni. Ładnie mówi Ojcze nasz, Aniele Boży, Michale Archaniele. Towarzystwo robi papapa i Maja idzie do łóżeczka, trochę protestując. Towarzystwo dalej je. Głaskam Maję, błogosławię i stwierdzam pół główki mokrych włosków. Wracam po suszarkę i dosuszam. Całuję. Wracam do kuchni by nalać sobie herbaty. Idzie Misia. W ciemnej już sypialni Maja zrywa się i na naszym łóżku odmawiamy we czwórkę Zdrowaś Mario i Aniele Boży oraz Chwała Ojcu. Misia pięknie modli się aż do chwili gdy Majka ostentacyjnie sprzedaje kopa jej dydkowi. Misia obraża się. Aniele Boży dokańczamy we dwoje. Błogosławię Msię, całuję, odkładam do łóżeczek, nakrywam obie, włączam katarynkę, Tata kładzie się na łóżku by popilnować ciszy. Wychodzę mówiąc dobranoc. Sprawdzam co robi reszta. Pomagam w kolacji. Chichoczą. Wcześniej opowiadali mi cały swój dzień, na wieczór Zuzi przypomina się Pani od muzyki, która to zawsze zaskakuje przedziwnymi opowieściami. Tym razem zadziwia nawet mnie – znawcę wszelkiego rodzaju głupoty. Zarówno własnej jak i cudzej.

Pani opowiedziała dzieciom, że rolnik odkopał ostatnio dach domu, okazało się, że to było miasto zalane lawą i znaleźli tam nawet mężczyznę „zastygniętego na kiblu”, ponoć kolega robiąc sobie jaja z pani zapytał, czy kibel mógł być ze złota. Pani rozważała to przez chwilę. Po czym stwierdziła, że raczej chyba nie. „Tam raczej nie mieli złotych kibli, w przeciwieństwie do Czechów.”. Opada mi przysłowiowa kopara. Wszystkie dzieci orzekają, że Pani jest dziwna. Pierworodna wysnuwa teorię, że możliwe jest iż przedawkowuje Ibuprom. Pękają ze śmiechu nie bacząc na śpiące za ścianą Kluski. Wymyślają kolejne teorie, że Pani zamiast perfum używa kadzidełka i chodzi przy ćpana. Uciszam, uspokajam, zaczynam rozważać jedzenie własne, ale nie chce mi się już ręką ruszać. Zwalczam lenia w sobie chwilę siedząc.

21:15 – Wyganiam Franka do wanny po raz enty. Wraca jak bumerang, to po piżamę, faktycznie nie przygotowałam mu. To z pytaniem o mydło – ma wysypkę.

21:30 – Robię kanapki Pierworodnemu, szykuję wszystkim leki, robię kanapki Mężowi. Siedzi teraz przed kompem. Młoda znosi stos książek, będzie jej pomagał w matmie.

22:01 – Franko wraca po myciu bym znów dziesiątki razy wysyłała go do mycia zębów. W końcu Tata wnerwion do granic możliwości posyła go do łóżka. Oczywiście wraca jeszcze kilka razy, bo wietrzy i inne tego typu bzdety. Całusy i krzyżyki na czole rozdaję każdemu idącemu do łóżka. Pierworodna robi matmę z Ojcem, zjadam kanapkę – jakoś na siłę. Przy drugiej ledwo dycham, po co wciskam tą drugą nie mam pojęcia. Kończy się moja służba, zakładam słuchawki i siadam do komputera. Relaksacyjna muzyka przyjemnie pieści moje uszy, kontem oka widzę, że wesoło się śmieją. Nie chcę jakoś wiedzieć z czego… Mam nowe zmartwienia. Mai kupy, Antka sznyta, Zuzy spodenki. Muszę jeszcze wstawić pranie z torebką dla Zuzy, jutro ma rekolekcje i chce wziąć tą Wiki. Jest bardzo brudna. Nie Wika, torba. 😉 Poprosiłam by wywiesiły koc i włożyły ją do pralki. Muszę Średniakom kupić cymbałki. Zaraz odpalę Allegro.

23:30 – Pierworodna zbiera manatki i idzie do łazienki, Tata tkwi w kuchni przeglądając coś w komórce. Jestem zmęczona, planuję jednak dokończyć w końcu najnowszą książkę Ks. Kaczkowskiego. Rzucam okiem na podłogę. Po odkurzaniu zostało wspomnienie i swędzenie przepoconych pleców oraz ból w prawym biodrze. A, i zatkany nos. Po pustym zlewie również zostało mi zaledwie wspomnienie. Zmywarka skończyła. Nie, nie będę wstawiać trzeciej, w dupie z nią. 🙂

00:00 – Pierworodna bardzo chce już spać, ale musi najpierw obejrzeć gazetkę z BonPrixa, Tata kąpie się, Maja się budzi. Zasypia zadydkowana.

00:06 – Ojciec gotowy do spania wygania Pierworodną do łóżka. Dostaję od nich całusy, poprawiam dalej byczki.

00:28 – Z sypialni słychać chrapanie.

00:54 – Wklejam treść na bloga. Jestem ciekawa czy Komuś będzie chciało się przebrnąć przez całość…

Przeczytam tekst ( OMG napisałam dziesięć stron!!!), kupię cymbałki, wstawię pranie z suszeniem, poczytam, umyje się, pomodlę, przeczytam dzisiejszą Ewangelię, pewnie gdzieś koło 2giej spróbuję zasnąć. Dziś wcześnie! 🙂

Dziękuję Ci Boże za ten dzień, proszę o spokojną noc.

1-15 lutego 2016r. Zaległości.

1 lutego 2016r.

Początek ferii.

Wszyscy chorzy. Nie zauważyłam różnicy. Brak mi sił na wymyślanie domowych atrakcji. Zrobiłam solną piaskownice na mamucim stoliku Dziewczynek. We trzy z Zuśką bawiły się odbijając w niej kształty, rączki i przesypując ją do różnych pojemników. Po takiej zabawie do odkurzania jest cała kuchnia. Ale zdrowotnie powtarzam ją z rzędu przez trzy dni. Trzeciego od odkurzania boli mnie kregosłup. Robimy więc przerwę. To był dobry pomysł. Sól gruba, świetna do zabawy i taka mini jaskinia solna!

Mało sypiam…

Odechciewa mi się dosłownie wszystkiego!

__

Z Ojca Pio:

"1. Modlitwa jest przelewaniem naszego serca do Serca Boga... Kiedy jest dobrze przeżywana, porusza Boskie Serce i skłania je coraz bardziej do wysłuchania nas. Zanosząc modlitwę do Boga, starajmy się wylać całą naszą duszę. Wówczas zostanie On pokonany naszymi błaganiami i przyjdzie nam z pomocą (T, s. 74)."

Naucz mnie Jezu modlić się. Amen

Kolejny dzień z życia.

Nie mam kiedy usiąść. Rekonesans:

Pierworodna – gardło, katar. Pierdylion szesnasty raz bańki.

Pierworodny – zapalenie oskrzeli, gardło, katar. Antybiotyki, syropki.

Drugorodna – gardło, katar. Nie mówi. Alleluja, choć przez chwilę! (Kilka dni potem drobna wysypka.) Bańki, syropy czosnek-imbir-miód.

Drugorodny – gardło, katar, dziwna wysypka, nieco inna niż AZS. BAŃKI ileś razy, rachubę gdzieś zapodziałam.

Miśka – Zapalenie gardła (silne), katar, który trwał już tydzień, zapalenie uszka, oskrzeli i lewego płuca. Antybiotyk, inhalacje, klepanie 10 razy dziennie – zalecone przez naszą Panią Doktor. Marudna. Dwie doby umiarkowanej gorączki.

Maja – Gorączka przez 4 dni, silne zapalenie gardła, ucha, oskrzela furczą, zapalenie spojówek. (Ed.: trzy dni po tym obie wysypka wokoło pupy) (Ed.: Kolejne dwa dni potem Majka ma brzuch w wysypce – drobnej, czerwonej). Antybiotyki: do picia, do ucha i w kroplach do oczu. Koszmar 🙁

Ojciec: lekka chrypka.

Matka: gardło, katar, nie wie jak się nazywa!

__

Z Ojca Pio:

„2. Chcę być tylko ubogim zakonnikiem, który się modli… Bóg spostrzega plamy nawet u aniołów. Wyobrazimy sobie, co widzi we mnie! (T, s. 58)

3. Módl się i ufaj! Nie denerwuj się! Niepokój nie służy niczemu. Bóg jest miłosierny i wysłucha twoją modlitwę (CE, s. 39).”

Amen

 

4 lutego 2016r.

– Mamoooo!!! – Paniczne dźwięki poranne. – Ja za szybko rosnę! – Mina przerażająco-zdziwiono-wkurzona. Zmartwienie.

– Albo ktoś mi podmienił spodnie! – Z za kuchennego winkla wyłania się Franciszek. Widok komiczny. Zęby zaciśnięte z wysiłku, spodnie długości 7/8, wcipciane niemal do pęcherza i próbuje zaczepić znajdująca się kilometr od guzika dziurkę na tenże.

Psia kość! Kiedy on tak urósł!?!!!

__

Z Ojca Pio:

„4. Modlitwa jest najlepszą bronią, jaką posiadamy. Jest ona kluczem, który otwiera Serce Boga. Powinieneś mówić do Pana Jezusa również sercem, a nie tylko wargami. Co więcej, w pewnych przypadkach powinieneś mówić do Niego tylko sercem (CE, s. 40).

5. Poprzez książki szuka się Pana Boga; a w modlitwie myślnej znajduje się Go (AdFP, s. 547).

6. Bądź pilna w modlitwie i medytacji. Powiedziałaś mi, że już zaczęłaś. Ach, Boże! Jakże jest to wielką pociechą dla Ojca, który cię kocha, jak własną duszę! Trwaj w ciągłym rozwijaniu się, w tym świętym ćwiczeniu się w miłości do Boga. Każdego dnia zrób choć trochę w tej dziedzinie. Rób to zarówno w nocy przy mdłym Świetle lampy, w czasie niemocy i jałowości ducha, jak również w dzień, przeżywając radość i zachwycające oświecenie duszy (GF, s. 173).”

8 lutego 2016r.

Niech mnie ktoś przytuli. Czemu wszyscy są chorzy podobnie jak ja (mniej lub więcej), ale tylko ja zasuwam w domu???!

__

Z Ojca Pio:

„7. Jeżeli możesz mówić do Boga w czasie modlitwy rozmawiaj z Nim, wysławiaj Go. Jeśli nie możesz mówić, bo jesteś niedoświadczona na drogach poznawania pana, niech cię to nie zasmuca. Zatrzymaj się u drzwi pokoju na wzór dworzan i oddaj Mu hołd. On cię zobaczy. Będzie Mu miła twoja obecność. Okaże względy twemu milczeniu. Następnym razem -kiedy cię weźmie za rękę, doznasz pocieszenia (Epist. 111, s. 982).

8. Ten sposób trwania w obecności Boga -chociażby tylko w tym celu, aby okazać dobrą wolę, że uznajemy się za Jego sługi jest najświętszy, najwspanialszy, najczystszy i najdoskonalszy (Epist. III, s.982).”

9 lutego 2016r.

Wysypka Franka przerodziła się w wielkie pęcherze, skarży się na ból, swędzenie i pieczenie. Wezwałam lekarza do domu. Pani Dr dostała mms ze zdjęciami i przyleciała mimo nawału obowiązków.

Moje podejrzenia się potwierdziły. Półpasiec 🙁

Dostał lek przeciwwirusowy Haviran i gencjanujemy parchy. Męczy się, ale jest dzielny. Można spodziewać się ospy u Calineczek – jeszcze nie miały.

Babcia zauważa, że Calineczki stały się już nazwą niestosowną, bo panienki są już solidnej budowy i krągłe na buzi raczej bliżej im do Pyzy Mazowieckiej. Myślę nad nazwą. Może Kluski? Uwielbiam kluski! Zwłaszcza leniwe! 🙂

__

Z Ojca Pio:

„9. Kiedy w czasie modlitwy znajdziesz się blisko Boga, rozważaj prawdę o sobie. Mów do Niego, jeśli możesz, a jeśli nie zdołasz, trwaj przy Nim, pokaż, że jesteś obecna i niczym się nie martw (Epist. III, s. 983).

10. Moich modlitw, o które nalegasz, nigdy ci nie brakuje, ponieważ nie mogę zapomnieć o tobie, która kosztujesz mnie tak wiele ofiar. Zrodziłem cię dla Boga w wielkim bólu serca. Ufam miłości, że w twych modlitwach nie zapomnisz o tym, który dźwiga krzyż dla dobra wszystkich ludzi (Epist. III, s. 983).”

 

11 lutego 2016r.

Maja była uprzejma wytarzać się świeżo umytymi łapulami w kurzu, wyjąć ze śmietnika patyczek umazany maścią do nosa Miśki z po wierzchu ciągnącym się gęstym glutem, po czym pingwinim ślizgiem, którego Skiper by się nie powstydził wpaść pod stół. Okrutnie przy tym chichocząc. Na koniec wysypała miskę chrupek na podłogę. Zuzanna zabrała ją na kolejne mycie rąk. Wraca Majek z podwiniętymi rękawami, ręce w pozycji modliszki i rzecze:
– Mamusiu kciałam powjedzieć ci coś waźniego bajdzio, takie wiess no takie… ekhmmm psepjasiam. Ja juś tak nie będę

<3

Minutę później broi. Zuzanna ostrzega:
– Majka! Jak będziesz tak robić to wsadzę Cię do łóżeczka.!
Matka:
– Zuza przestań ją ciągle straszyć, to irytujące. – Dopisek redakcji: I nie pierwszy raz w dniu dzisiejszym, który to dopiero był się zaczął.
Majka z przedpokoju:
– I psiestań ciagje mnie stjasić, to ijitujące!

 

__

Z Ojca Pio:

11. Najlepszym pocieszeniem ducha jest umocnienie pochodzące z modlitwy ( GC,s.38).

12 lutego 2016r.

Maja od jakiegoś czasu wszystko potwierdza swoim śmisznym „uhimm”. Matka poucza, że ładniej jest powiedzieć „tak mamo” niż uhimm. Maja patrzy zdziwiona ?.
– Maju, a czemu zamiast „tak” mówisz „uhm”?
– Bo wsystkie dzieci tak mowiom! – Takie oczywiste, a matka na to nie wpadła. 😉
– Taaak? Które dzieci na przykład?
– Ja! – Odparła z zadowoleniem Majeczka.

I wszystko jasne.

 

Zuzi USG wyszło bez zmian – ufff!

__

Z Ojca Pio:

12. Zbawiać dusze można tylko modląc się ustawicznie (LCS, 1 października 1971, 30)."

13 lutego 2016r.

Maja zmieniła uhimm na ehee. Matka drąży.
– Maju nie mów ehee tylko tak, dobrze?
– Ehee.
– I znów powiedziałaś zamiast tak – ehee. – Spojrzenie wielkiego, Majowego zdziwienia.
– Ehee.
– Mów: „tak”. Dobrze?
– Ehee.
– Maju, dlaczego tak robisz?
– Bo tak jest jepiej.

__

Z Ojca Pio:
13. Modlitwa powinna być natarczywa, o ile ta natarczywość jest odbiciem wiary (AdFP, s. 553).

Spojrzyj Panie na mnie łaskawym spojrzeniem, wejrzyj na Twą służebnicę i pośpiesz mi z pomocą. Amen

 

14 lutego 2016r.

12 lat temu dostałam jedną z najzajefajniejszych Walentynek na świecie i w moim życiu. Walentynkę od Tego tam z Góry i trochę od Męża. Urodziła się nasza cudowna Zuzanna. Zuśku kochana abyś zawsze była tak wspaniała jak teraz! Życzę Ci dużo zdrowia i mniej migren! Najlepszych przyjaciół i wspaniałego przyszłego narzeczonego 🙂 A aby Twoje marzenie o Gimnazjum się spełniło! Żyj nam 100 lat!

Czas obiadu.
Tworzę domową pizzę. Asystenci przemierzają drogi dojścia do zlewu, stołu i blatu.
Jeszcze jestem cierpliwa. Przy piekarniku na otwartych jego drzwiach, na położonej tam półce zwanej potocznie blachą rozpościeram palcami wyrośnięte ciasto. Maja stoi obok i patrzy. Kiełkują w niej pytania:
– Mamooo? A co to jest?
– Ciasto do pizzy.
– U jakie długie. – Fascynuje się Majeczka.
– Tak, lepi się troszkę do rąk.
– Dawaj mamo! Jep, jep, jep – jak staja kuja! (lep jak stara kura) (???)

Dzieciakowo też chce piec. Ciastolina, trzy najmłodsze Dziewuszki. Robią ciastolinowe potrawy.
Ślicznie pachnie! Duuużo ciastoliny.
Misia przybiega z plastikowym, lalkowym talerzykiem. Na talerzyku pizza z prawdziwego zdarzenia!
Czerwona (Dobrze wypieczona znaczy! ;)), a na niej dużo niebieskiej wędliny i szarego sera. Jest też coś bliżej nieokreślonego w kolorze fioletowo białym. Pełna profeska! 😉

– Mamo! – Woła już w drodze. – Upieczyłam Ci pipcię!” (Pizzę)

Cóż było robić – parsknęłam!
Marta P. Mówi, że u nich jest „pipca”! Widać pizza nie jedno ma imię 🙂

Skutki wielodzietności 😉  jedne z…
Matka tkwi w WC, Syn z parchami (Półpasiec) samotnie nad pizzą domowej roboty tkwi w kuchni (sam podgrzał w piekarniku), 3ka w kościele, 3ka się myje. Głos z pod drzwi WC:
– Mammooo!
– Co tam? – Wystękała matka :p
– Nie chcę jeść tak sam! – Z żalem.
– Potrzebujesz kogoś aby za Ciebie pogryzł!? Teraz raczej nie dam rady. 😀
– Nie. Ale tak strasznie nudno je się samemu! – Orzesz. Kto by pomyślał, że marzy mi się często coś tak nudnego – pomyślała stękająca.
– Możesz gadać do mnie, jestem tu za ścianą. – Pocieszyłam.
– O, super. Dzięki. – Uradował się Syn.

Kurtyna.
72 sekundy później.
– Zjadłem pół i strasznie się najadłem. Jest bardzo syta.
Możesz robić takie częściej? – Fakt! To bardzo ekonomiczne 🙂

Przepis ten sam, wykon ten sam. Pewnie apetyt słabszy. Zostało z obiadu pół blachy. 🙁

__

Z Ojca Pio:

14. Modlitwy świętych w niebie i dusz sprawiedliwych na ziemi są zapachem, który nigdy nie zniknie (GF, s. 175).

Jezu ufam Tobie! Jezu <3

15 lutego 2016r.

Calineczki książkowo.

Egzamin z obrazków.
Miśka.
Prawidłowo odpowiedziała na pytania o większość rzeczy użytku domowego. Nazwała takie przedmioty jak: Widelec, nóż, łyżka, talerz, patelnia, kanapka, dżem, płyn do naczyń określiła jako mydło.
Pomyliła tylko czajnik z suszarką i nie wiedziała co to jest kuchenka. Nasza jest biała, ta była srebrna.
Nie znała nazwy ostatniej pozycji na obrazku – durszlaka.
Przy lodówce zapomniała nazwy szybko zamieniając ją na własną.
Lodówka = Lódnia

Maja.
Odgadła ją bezbłędnie, jak również kuchenkę wymieniając nawet
szczegóły takie jak piekarnik.
Zawahała się przy garnku zastępując jego nazwę swoim neologizmem: durniak.
Śmialiśmy się dobre pięć minut z durniaka 🙂 bo był przedni!
Waga miała dużą tarczę przypominającą zegar. Na wadze stały owoce, ale to nie zmieniło faktu, że dalej była bardzo zegarzasta. Waga ta wg Mai to „cytak”. Wszak cyka. 😉

Michalina i książki.

Miśka ostatnio od nowa rozkochuje się w książkach. Najpierw każe siadać ze sobą na łóżku, wyciąga przynajmniej z dziesięć książeczek, książek i gazetek, rozsiada się i wybiera, przebiera. Koniec końców coś tam każe sobie czytać, albo coś sama opowiada oglądając obrazki, zadaje dużo pytań. A czasem jak czegoś nie wie, to wymyśla własne nazwy. Kocham wszelakie neologizmy! Jestem zakochana szczególnie w tych dziecięcych.
W dzisiejszy repertuar jej lektur wpadły chyba wszystkie Martynki oraz jedna leciwa już książeczka ze sztywnymi kartkami. Znudzona Martynką przechodzi do owej – starej jak świat, bo sięgającej rodowodem aż po czasy Pierworodnej – książeczki.
Bierze w obie rączki, nie otwiera, patrzy na okładkę. Przygląda się dłużej, przekrzywia główkę, w kąciku ust pojawia się różowy języczek, co jest oznaką intensywnego Misiowego myślenia i stwierdza:
– Mamusiu, patś to jest Bulwiaczek!
Matka spogląda i oczom nie wierzy. Z okładki spogląda na kwiaty duży, grubaśny Muminek.
– Miśku, to jest Muminek. Zobacz – napisano – Muminek i kolory.
– Aha, taaak? Dobla. – Wyraźnie olśniona zrywa się na równe nogi.
Biegnie do kuchni i woła od progu:
– Pats Wiku, to Bulwinek i kololy!

Padłam 😀
Wzięłam Misiową lekturę do ręki. Fakt jest faktem, Muminki bywają bardzo bulwiaste 🙂 i ten właśnie taki był!

Przemyślenia młodego Antona : „Warcaby to pewnie wymyślił jakiś warszawiak o imieniu Cab.” 😀

***

Skończyły się ferie. Choroby jeszcze nie do końca.
I się zaczęło „Ja nie chcę jutro iść do szkoły!” „Ja chcę iść, a nie mogę buuu”.

Proszę! Niech mnie ktoś dobije, albo choć ogłuszy!
Półpaścowy Franko jeszcze się drapie i kaszle. Wygląda na to, że nie da się półpaśca zdusić w tydzień. 🙁 Biedak strasznie tęskni do szkoły. JAKO JEDYNY! 🙁

 

Tato zabrał Kluski na spacerniak. Wracają uchachane od ucha do ucha. Misiak zeznaje:

– Mamo, lubię chodzić na śpacier wiess! Tam moźna spotkać wiele fajnych dzieciów. 🙂

Biedne dziecko, wciąż ma za mało towarzystwa 😉 😛

Może pora na kolejnego brzdąca? Dobra, spokojnie! Żartowałam! 😀

 

Boże, daj nam proszę zdrowia według Twojej Woli! I naszym bliskim, dalekim i wrogom dużo Twego błogosławieństwa!
Amen.

P.S. Proszę pomódlcie się ze mną w bardzo ważnej i pilnej sprawie. Aby mojej Malwinie sąd oddał dzieci. Aby mogły być w końcu z mamą. I o zdrowie i siły dla niej! Dziękuję <3

Jutro sprawa! Nie zapomnijcie choć westchnąć! <3

__

Z Ojca Pio:

"16. Wszystkie modlitwy są dobre, kiedy towarzyszy im właściwa intencja i dobra wola (AdFP, s. 552)."

Nowy pomysł! Odpal projekt!

Drogie Czytelniczki, Drodzy czytelnicy! Kochani!

Podejrzewam, że Wszyscy wiecie jak wygląda sytuacja Dziennika pokładowego w wersji papierowej.

Na wszelki wypadek gdybyście jednak nie wiedzieli pokrótce opiszę „problem”.

Spróbuję użyć tak zwanego telegraficznego skrótu 🙂

Dziennik pisany na fejsie. Namowa Czytelniczek na wydanie papierowe. Nieśmiałe wysłanie do wydawnictw (czterech czy pięciu). Dwie odmowy, dwa pozytywy, ale ze współfinansowaniem. Chcę zrezygnować. Odmowy, bo książka niszowa, nie typowa powieść. Czytelniczki namawiają. Decyzja – wydajemy w self publishingu. Prace nad wydaniem (dużo prac wielu Osób) zbiórka na wspieram.to, machina ruszyła. Szukanie sponsorów i reklamodawców gdzie się da. Pieniądze zbierają się z nawiązką, każdy dostaje swój prezent. Rodzina dokłada do wysyłek zapożyczając się. Po wielu perypetiach wydanie w WFW latem (ponad rok od pomysłu). Prężna kampania wielu osób wyłącznie na fejsie i w tzw. marketingu szeptanym aby świat dowiedział się, że jest taka książka. Dwa miesiące potem zero dodruków, problemy z korespondencją z wydawcą. Październik – wydawca pada. Do końca roku robi tylko jeden dodruk wykupiony w dobę. Książka umarła. Duży żal i smutek Rodziny, Znajomych i Przyjaciół. Wiele pytań gdzie można kupić książkę, wiele maili do wydawców z prośbą o drugie wydanie – zero odzewu. Robimy E-book. Znowu prace. Okazuje się, że z autorem umowy podpisują tylko 2 księgarnie i książka robi się jeszcze bardziej niszowa i ciężka do wyszukania. Autorka łapie doła. Wydawca – jeden z (wspólnicy) – poprzedni zakłada nową firmę. Rozmowa w jego biurze. Proponuje przeniesienie książki i umowę z nową firmą za mniejsze pieniądze (poprzednie to ponad 7 tysięcy), ale jednak. Tłumaczy to koniecznością poprawy okładki, stron redakcyjnych i drobną korektą oraz wypuszczeniem pierwszych egz. Brak możliwości finansowych rodziny na dzień dzisiejszy.

I tu dochodzimy do miejsca, w którym znajdujemy się właśnie w dniu dzisiejszym roku pańskiego 2016.

Jestem z tych dziwnych może osób, które nie lubią prosić. O wyjście do toalety dopiero jak grozi awarią, o picie jak grozi odwodnieniem, o pomoc jak nie ma się już wyjścia. Książka umarła. I tak bardzo mi żal całej pracy w nią włożonej, pomocy charytatywnej tak wielu Osób. To są setki Osób! I żal mi Dzieci, którym szkoda chyba jeszcze bardziej. Francesco dowiedziawszy się, że oto z niebios spada nam jeszcze jedna szansa biegał z rękami wzniesionymi ku górze i wołał: „TAK, TAK, DZIĘKUJĘ CI BOŻE! WIEDZIAŁEM, ŻE POMOŻESZ!”. Tak więc możliwość jest. Kasy nie ma.

Przechodząc do sedna. „Walczymy dalej”, bo przegrywa tylko ten, kto nie walczy! Wchodzimy w kolejną zbiórkę – tym razem w systemie bierzesz ile zbierzesz – na portalu odpalprojekt.pl (poniżej link do naszej zbiórki) i tu nadchodzi odsuwana w czasie i przestrzeni moja prośba do Was.

Prosimy, wesprzyjcie nas! Nagroda na ziemi i w niebie Was nie ominie 🙂

Tu kliknij by wejść w projekt

 

P.S. Było by wspaniale, gdybyście udostępniali dalej naszą prośbę, niech dowie się jak najwięcej osób. Wysyłajcie link i namawiajcie Bliskich na pomoc. Liczy się każda Wasza dobra myśl, każda złotówka i każde udostępnienie!

 

Pozdrawiam Was serdecznie

Wasz Koszałek Odpałek 🙂

UWAGA! UWAGA! UWAGA! WYNIKI KONKURSU „Opisz swojego Anioła 2015”

1929741_1680367475573059_3002664954083395712_n

Jury w składzie czterech pracowitych i przedsiębiorczych Kobiet czyli Ja, Anna Sawicka – PluszAnki,

Dorota Partyka – Czytelnicze Zacisze i Wiolettą Umecką – Subiektywnie o książkach

skończyło swoje obrady i wybrało zwycięskie prace. Nie będę pisać, że było ciężko, choć prace były zarówno piękne, ciekawe, oryginalne jak i zróżnicowane.

Jednak… 🙂

TE Wytypowane przez Jury od razu podbiły nasze serca i dusze!

Niniejszym serdecznie gratulujemy Zwyciężczyniom konkursu „Opisz swojego Anioła 2015”!

Jury składające się z nas czterech zadecydowało jednogłośnie, że

I MIEJSCE należy do

Pani Basi Stojek!

Gratulujemy zajęcia pierwszego miejsca Pani Basiu! Ten niezwykły Anioł podbił nasze serca!

Jury zachwyciła Pani oryginalna praca i wykonanie, nasz faworyt musiał zająć pierwsze miejsce.

Ślemy całusy dla Michałka Wspaniałego!

I prosimy o kontakt w sprawie nagrody pod adres PluszAnki

pluszanki@gmail.com 🙂

Praca Pani Basi Stojek pięknie prezentuje się poniżej – niechaj ucieszy też oczy czytelników bloga.

12376375_1547113938941552_6717854796947782633_n

II MIEJSCE należy do

Pani Karoliny Pawłowskiej!

Gratulujemy zajęcia miejsca drugiego!

Ten wyjątkowy, kwiecisty Anioł zrobiony jest metodą decoupage 🙂

Cieszy, oj cieszy oko!

Serdeczne gratulacje!

Panią również prosimy o kontakt w sprawie nagrody pod adres PluszAnki pluszanki@gmail.com

946095_782865605157064_490611004156661735_n

III Miejsce należy do

Pani Agnieszki Celińskiej za genialny wiersz!

Ciężko nam wyrazić słowami jak bardzo nam się podoba 🙂 najlepiej oceńcie go sami 🙂

A oto ON :

A mój Anioł objawił mi się we śnie:

Miałam kiedyś sen, a w nim
Przyszedł do mnie ANIOŁ i
Chwycił mnie za rękę
I szliśmy po łące z chmur
W kierunku wysokich gór
Takich pięknych, pokrytych śniegiem
Tak szybko, że z czasu biegiem
Doszliśmy do tych pięknych gór
Została za nami łąką z chmur
Doszliśmy, a tam we mgle
Widoczny był jakiś cień
Istoty dziwnej, tajemniczej
W srebrzystej mgle spowitej
Istota wyszła z mgły
Już otworzyła usta, by
Coś powiedzieć, gdy…

Skończył się ten niebiański sen
Zniknął ANIOŁ z włosami jak len
A ja płynę po Drodze Mlecznej
W pięknej krainie, Krainie Bajecznej 🙂

Proszę zatem przyjąć najszczersze gratulacje od całego Jury. Życzymy Pani Poetce Agnieszce Celińskiej wielu sukcesów i wydania wielu własnych tomików!

Panią również prosimy o kontakt w sprawie nagrody pod adres PluszAnki pluszanki@gmail.com

NAGRODA WYRÓŻNIENIE

Postanowiłyśmy przyznać nagrodę wyróżnienie dla pięcioletniej Córeczki Pani Gosi Kołodziejskiej

za Anioła Stróża wszystkich Dzieci Pani Gosi. Praca prezentuje Tatę Anioła, który odszedł do Nieba tuż przed Świętami. Poniżej prezentacja pracy. Uściski i całusy dla Autorki pracy, wszystkich Dzieciaków i  całej Pani Rodziny. 🙂 I światełko dla Taty Anioła (*)(*)(*)

945543_1693700767509107_3194284310379019990_n

Nagroda niespodzianka trafi do Pani zaraz po przekazaniu nam adresu do wysyłki. Prosimy o kontakt pod adres PluszAnki pluszanki@gmail.com

 

WSZYSTKIM ZWYCIĘZCOM JESZCZE RAZ SERDECZNIE GRATULUJEMY!

18/19 stycznia 2016r

Z wczoraj.

Maja ma kolejne w swym małym życiu uczulenie. Podpuchnięty paluszek – wał paznokciowy u palucha w stopie, wysypkę na szyi i brzuszku. Qpa wiadomo kiepska. Paluszek smarujemy gencjaną. Maja jest dzielna. Ale… Taka oto sytuacja.

Wpada Majusia do kuchni, od wbiegnięcia wpakowuje się na duże krzesło przy stole, łapie się za stopę i kapciem celuje w stronę buzi.

Podbiegam.

– Majuś, spadniesz dziecino, to raz. A dwa, że kapci nie bierze się do buzi. Przecież one są brudne. Biegasz nimi po podłodze. Przed chwilą nawet przebiegałaś

tam między butami – wskazuję jej palcem ociekające na szmacie buciory brata – w przedpokoju.

– Ale ja nie bioje kapcia do buzi! Mamo, no cio ty!

– Tak, a co robisz kochanie? – Matka bywa upierdliwa gdy ma ku temu jakiś powód.

– Ja tyjko chciałam pocałować sobie swój pajuszek, bo mnie boli! Oj mamo, no weśś!

<3
Wieczór.

Chciałam się dziś wcześnie położyć spać ? .
Dzieci lekcje zrobiły, matka zakupy, ojciec kaszkę, aptekę. Kolacja, zmywarka i można się kłaść… Udało mi się nawet odkleić Pierworodnego od telefonu na końcu którego wisiała jego rówieśniczka Oliwia. Na sam koniec dnia najpierw zdołowałam się średnią Starszaków (2,6 i 3,0) po czym podniosła mnie na duchu średnia Średniaków (4,8 i 5,1) następnie odbiła swędząca wysypka Majki. W ruch poszła maść (Elidel), noszenie, kołysanie, spanie kilka min. Wapno.
Sen z wolna zaczął chować się za horyzontem!
Koło 22.00 uaktywnił się Franko ze swoim „mamo muszę mieć na jutro nowy plecak, bo ten mi rozwaliła Oliwia (rówieśniczka)” – to imię to u nas jakieś fatum!
Zaszywałam więc prowizorycznie kieszeń twardego jak skała plecaka. Najsampierw walcząc kombinerkami z suwakiem w nadziei jego naprawienia. Nie udało się. Zaszyłam. Następnie prasowałam koszulkę na wf (tak!) Starszego, bo to jeden z wymogów przygotowania do zajęć bardzo zajętego nauką i Oliwią Chłopiszcza.
Następnie smarowałam kolejną (inną) maścią (Fenistil to raczej żel) biedne ciało Majki i podałam Nurofen forte w syropie, a nóż widelec znieczuli. Gunwo, nie znieczulenie! Żel – bez efektu (co chwila płacz i drapanie brzucha). Następnie wszczęłam modły o pomoc z Góry, wyjęłam słuchawki z młodego, męskiego organizmu. By znów nosić i pocieszać swędzącą Córeczkę Calineczkę. Tak minęła mi kolejna godzina. Płacz się potęgował, drapanie, kopanie i złość również. Bidulka – Ona nie mogła sobie poradzić ze świądem, a ja z bezsilnością z tym związaną. Tyle, że ja jej nie kopałam, a ona mnie tak 😉
Podałam Fenistil w kroplach (przeciwświądowy) pomimo iż brała wcześniej Clemastin, ale było bardzo źle i Paracetamol (czasem znieczula) z nadzieją na sukces. Znowusz gunwo. Na uspokajaniu minęła kolejna godzina. Po czym (po kolejnych modłach) wpadłam na genialny pomysł by spłukać maści wcześniej zapodane letnią herbatą i nasmarować jeszcze inną maścią (Clotrimazol). Bóg (Matka Jego, św. Charabel) chyba raczyli mnie wysłuchać – Maja śpi.
Tylko mnie się tak jakoś spać odechciało…
Tak oto matka się wysypia. Co noc! A rano nie ma zmiłuj „kaszkę zrób!!!!!”. Gdzie jest sprawiedliwość na tym świecie niech mi ktoś powie?! Podjadę i zaczerpnę kilka deko zanim oszaleję! Dobra. Idę dalej oglądać powieki od środka, a nóż zasnę… Dobrej nocy, bez drapania Wam życzę.

Godzina minęła. Koniec spania. Smarowanie, głaskanie, noszenie – gunwo!

I tak do piątej…

8:20 Szlag! Zaspaliśmy!!!! Franko nas obudził. Jego zaś obudził jego zegar biologiczny. 🙁

Z Ojca Pio:

16. Przerażająca jest sprawiedliwość Boża. Ale nie zapominajmy, że również Jego miłosierdzie jest nieskończone (GP, s. 138).

17. Starajmy się, aby służyć Panu Bogu z całego serca i z całej woli. Wówczas On da nam więcej, niż na to zasługujemy (GP, s. 180).

18. Tylko Bogu oddawaj chwałę, a nie ludziom; czcij swego Stwórcę, a nie marne stworzenie. Przez cały czas twego ziemskiego bytowania ucz się znosić gorycz, aby móc uczestniczyć w cierpieniach Chrystusa (LCS, 1 października 1971, 30).


19 stycznia 2016

Wstałam. Niby stoję, ale moje wnętrze leży i umiera ze zmęczenia! Nie wiem nawet jak się nazywam… Coś na A.

Gdy jeszcze byłam zwłokiem chora na kaszel Pierworodna napasła Calineczki kaszką.
Zeznaje. Gdy tylko zjawiła się z kaszką w ręku, Misia wydała z siebie krzyk radości:

– O, kaszka, kaszka, kaszka, Wiku!!!! Jesteś taka kochana!!!

Maja do Wiki:

– Kobjeto! Gdzie ty byjaś???

***

Misia przed oknem:

– Mamooo! A cemu te dzewa są bludne? – Podchodzę do okna – wszystko w śniegu.

– Które?

– Te tu, są takie bludne na biało!

– Wiesz Miśku, bo zimą, gdy nie ma listków i gałązki są zupełnie gołe, to śnieg, który na nie spadnie pokrywa je i dlatego

widzisz, że są białe. Jesienią są pomarańczowe, brązowe, złote – pamiętasz? – Kiwa główką. – A latem są na nich listki. Są świeże, młode, bo wyrastają od nowa na wiosnę i wtedy całe gałązki są zielone od liści.

– Chyba wolę jak są zielone mamusiu, nie takie bludne, białe.

Pierworodna kroi cebulę. Trze oczy, wykrzywia paszczę, ale walczy zaciekle, a wszystko to żeby nie płakać. Gada pod nosem do siebie:

– Aaaaa piecze, jestem twarda, jestem dzielna, nie płaczę, nie płaczę! – Grymas jak w paraliżu częściowym lewej strony (moja babcia miała). – Aaaaa pieczepieczepieeecze, wżera mi się w mózg!

Padłam!

W czwartek idę na badanie. Badanie jest w uśpieniu, więc nieco mniej stresuję się tym co mają w planach mi tam robić we wnętrznościach.

Związana z tym jest pewna atrakcja. Muszę jeść dziś półpłynne treści, a jutro już same płyny. Są jeszcze mało przyjemne dodatki, o których

wolałabym jednak nie wspominać! Mają swoje medyczne określenia i nazwy 😉

W związku zaś z całą sytuacją i brakiem koncepcji co do posiłków kupiłam sobie deserki w słoiczkach, takie rzadkie, papkowate zmiksowane owoce.

Wszyscy zjedli już swoje drugie śniadania, a mnie skręca. Uznałam więc za stosowne otworzyć pierwszy słoik. A jak wiadomo nic tak nie działa na apetyt jak jedzenie matki. W sensie, że jej pokarm, nie że ją samą. 😛 Korzystając z tego, że towarzystwo szaleje na salonach cichaczem przysiadłam sama w kuchni, odkliknęłam nakrętkę, zanurzyłam łyżeczkę, bezbłędnie trafiłam do ust, wpada Maja. Stanęła na wprost mnie znacząco się oblizując.

– A cio ty jeś?

– Deserek. – Odpowiadam przyśpieszając jedzenie.

– Mój? – Oczy Majki pokazywały ogrom jej zadziwienia zaistniałą sytuacją.

– Nie. Mój.

– Mój?

– Nie, Maju. Ten jest mój. Kupiłam sobie. Ty już zjadłaś banana i jabłko, a nawet miskę płatków. Pewnie bardzo jesteś najedzona co?

– Nie. Chętnie zjem ten desejek. – Co było robić. Wyjęłam z szafy swój drugi słoik i zaczęłam ją karmić.

– Ja siama! – Nagle zadecydowała Maja. Wyjęła mi z ręki łyżeczkę i bardzo wolno, z ogromnym namaszczeniem nałożyła porcję deseru i bezbłędnie trafiła do ust.

– Pięknie Maju, nie wiedziałam, że tak umiesz. Świetnie Ci idzie! Nawet nie kapnęło. I tak dobrze się nachylasz nad słoikiem. Brawo!

– Dziękuje mamo. – Odrzekła Maja wkładając do buźki kolejną porcję. Zjadła tak kilka łyżeczek, zmęczyła się i zakomenderowała:

– A tejas mnie kajm! (A teraz mnie karm!) – oddała mi łyżeczkę i otworzyła szeroko buzię. Cóż było robić, karmię. Po pierwszej łyżeczce Maja rzecze:

– O! Pięknie mamo! Nie wiedziałam zie tak umiess! Bjawo mamo! Bjawo! Nawet ci nie kapniejo! Bjawo mamo!

Padłam.

Pięć minut potem wpada Michalina. Wciąż jem, bo dopiero skończyłam karmienie Majki. Misia oblizując się i mlaszcząc znacząco:

– Ja tes mogę? Zostawis mi pół?

Tak, Misia wtranżoliła drugi słoik… zjadłam naleśnika. :-/

O poranku:

Zakładam maliznom ciuszki. Przygotowałam sobie dwa zestawy. Pierwsza chciała się ubierać Misia, Maja zaś ukryła się cała prócz stóp pod kołdrą i udawała, że jej nie ma.

Założyłyśmy bluzkę, czystą pieluchę gdy w łóżeczku zmaterializowała się Majka.

– Oooo Misia zjobiła kupiee?

– Tak.

– Nie ziatką?

– Nie.

– Doblą?

– Tak. – Tymczasem nakładam Misi leginsy we wzorki. Maja przygląda się z łóżeczka.

– Mamo??? – Dziwi się Misia. – Ciemu Maja ma taką dziwną minę? Taką ksywą?

– Nie wiem Misiu. Maju – czemu masz krzywą minę? Źle się czujesz? – Faktycznie miała jakąś nietęgą.

– Nie. Ciuje się dobzie, jest mi dobzie, całkiem dobzie. Po pjostu Misi zajoziłaś moje śpodenki.

– Nie Maju, zobacz tu są takie drugie. Misia ma takie same gatki jak ty. – Przyjrzała się uważnie swoim, Miśki, następnie całej Miśce i rzecze:

– A bjuśkę w paśki tes mas djugą dla mnie?

Nie jest lekko gdy nie ma dwóch takich samych rzeczy.

Z Ojca Pio:

19. Tylko generał wie, kiedy i jak posłużyć się swoim żołnierzem. [Dlatego umiej] czekać. Nadejdzie również i twoja kolej (AdFP, 555).

 

13 stycznia 2016r.

13 stycznia 2016r.

Wczoraj dość długo się kładłam. Kole 1szej skończyłam rozmowy i przypomniało mi się, że materiał na trufle wciąż jest nie uformowany. Uformowałam zatem, wylizałam garnek – trochę się zeszło 😉 Idąc do łazienki zanotowałam pełną wanienkę mokrego prania – skleroza owocuje. Wywiesiłam zatem nieco się już śpiesząc. Kiedyś trzeba spać! Ostro już po drugiej dotarłam do łazienki by stwierdzić, że pranie+suszenie zakończyło cykl i chcąc mieć wymięte ciuchy w stopniu dość umiarkowanym należy je w tym celu wyjąć i poskładać. Co czym prędzej zrobiłam. Wyjmując pomyślałam, że od razu przygotuję dzieciom ubrania na jutro i pozanosiłam części z nich do pokojów. Umyłam się, przewietrzyłam sypialnie, przykryłam dzieci, połknęłam leki, odmówiłam pacierze. Gdy wzięłam się za Pismo Święte była 3:30. Nie no ja nie umiem położyć się sama z siebie o przyzwoitej 24! Albo choć 1:30. Ja muszę jak świta! Zdenerwowała mnie ta moja głupota i nie mogłam zasnąć. Dopiero czytanie o sądzie rodzinnym odpowiednio mnie zmuliło. Spałam, budziłam się do dzieci, w środku nocy zanotowałam męża w kuchni – palił światło i wyglądał jakby coś jadł (WTF?), następnie leżałam z Misią głaskając ją po pleckach. Coś słyszałam o kaszce, że chcą. Nagle! Budzę się zdenerwowana, że coś długo jej (kaszki) Tata nie podaje. Rzut oka na zegarek! Przespałam pół dnia!!! Aaaaaa spałam do południa! Mąż jadł pewnie kole 7mej – czyli to nie była noc! A reszty już nie odnotowałam. Urwał mi się film. Zła i wyspana zasuw musiałam zapodać podwójny. Zerwawszy się zaścieliłam trzy łóżka, cztery pościele. Wpadam do kuchni i oczom moim ukazuje się ubrany Mąż, z ubranymi Dziećmi! Dzierży on Miśkę na rękach, a ta komentuje na jednym wdechu z wielkim przejęciem:

– Mamo! Wies? Nie ma jus śniegu! Zupełnie nie ma! Zamienił się w piach!

Padłam!

Połknęłam śniadanie niemal w całości, jednocześnie wstawiając zmywarkę. Zdążyłam ją zamknąć – wróciły dzieci!

Wskoczyłam do wanny rozmawiając przez z telefon…. Tak, zaczęłam myć głowę z telefonem przy uchu. Zdziwiłam się nagle czemu jest mokry! Wiem – jestem nienormalna. To wszystko przez pośpiech. No ale… Trzynasta, a matka w piżamie. Ale obciach! Ale nic to, po prostu obiad był troszkę później.

Zuzanna zabawia małe robiąc im domowe przedszkole. Mają małe plecaczki, chodzą do przedszkola, mają mini łóżeczka z przewijaków i śpiworków do wózka. Uczą się piosenek. Mieszam jabłka na placki i pomidory w zupie gotując makaron.

Fanko robi lekcje (polski i znów plastyka – o ja nieszczęsna mam kolejny egz. męski z kompletnym polewem na sztukę!). Robiąc lekcje zapodaje ich (naszych dzieci) poprzekręcane piosenki made in przedszkole:

– Jestem sobie przedszkolaczek i w mam w pupie długi kłaczek, na bębenku!

– Franek! Przestań, bo dzieci nauczysz!

– Dobra, już dobra. – Pauza.

– O! A ta jest fajna. Poszła Ola do przedszkola nasikała do śpiwora!

– Franek!

– Dobra już dobra, nie będę.

***

Przetrwałam ten dzień!!! Ha! Wszyscy cali i „zdrowi”. Lekcje zrobione! Brzuchy pełne! Jeszcze jedno lakierowanie Zuzankowego wazonu – jest na jutro! Właśnie mija jego 4 godzina (już piąta) schnięcia, autorka dzieła kima, matka na posterunku dokona drugiego lakierowania za nią :-p Faaajnie bo lubię takie zabawy 🙂 Wszyscy żyją, prania poprane, zmywarka kończy, zerknęłam co tam w polityce i zmieniłam temat na muzyczny! Słuchaliście już Pentatonix? Jeśli nie to gorąco polecam. 🙂 O borze liściasty! Znów zapomniałam o patelni! Hahahaha widać taka moja natura 🙂 antypatelniana 😀

Jutro dzień z tych normalniejszych, więc dziś pisałam w dzień ile się dało.

Co to ja mówiłam o dniu? Widzę, że jest pierwsza. I niestety nie w dzień. :-/

Poprawki i spać! Miłych snów! Oby do soboty 🙂

 

P.S. Zajrzyjcie koniecznie do Fundacji Kasisi nie znam drugiej tak niesamowitej wielkiej sprawy – to tu możecie nakarmić jedno osierocone dziecko w Zambii

TU KLIKNIJ PALUCHEM 😉 kasisi-baner-www

12 stycznia 2016r.

12 stycznia 2016r.

Pierwszy raz (chorowały) od dawna Tata zabrał Dziewczątka na spacer (bodaj w sobotę). Po padającym dzień wcześniej śniegu pozostały tylko brunatne kałuże i lekki zafarb krawężnika. Resztki białego puchu zbite w małe zamarznięte grudki polegiwały leniwie na boisku. Zaistniała więc szansa na skrzypienie pod butami i delikatne pomacywanki topniejącego paskudztwa. Tata zezwolił – wszak nie wiemy czy jeszcze tej zimy dane nam będzie oglądać to przyjemne dla oka zjawisko!

Zabrał czwórkę. Syn młodszy, trzy młodsze Córki. Ganiał to za jedną, to za drugą, to za dwoma. Zrobili mikroskopijnego bałwana. Misia miała cudowny pomysł skosztować breistych pozostałości po śniegu. Polizała spory kawał ze swojej fioletowej rękawiczki. Póki Tata dopadł do niej na nowo – ja nie wiem czemu faceci mają tak słaby refleks – to było po jabłkach. Znaczy po śniegu. Bleee

Po powrocie do domu zeznania złożył Ojciec wyrodny, gapowaty i Córka mała, żrąca co popadnie.

Córka siostrze, Ojciec żonie.

Córka do Siostry:

– Wies Wiku, byłam z tatusiem na spaceze i był tam tes śnieg i śniezynka wpadła mi do buzi, taka z ziemi – tu okazałe wymachy górnymi kończynami – i tatuś zapytał co ja jem, to mu powiedziałam, ze nic juuś, właśnie wyplułam i tatuś powiedział, że śniezynki są bludne i nie wolno ich blać do buzi.

– Oj tak fuuuj, śnieg jest bardzo brudny Misiu, nawet te lecące śnieżynki. Są na nich bakterie.

– Taaaak, juz telaz wiem. Nie będę go więcej jadła.

Bogu dzięki 😛

***

Wika w kąpieli, Smerfuńcie podziwiają owe zjawisko. Obok wirująca pralka. Maja nie wiele myśląc przyczepiła się do trzęsącej się maszyny brzuszkiem niczym tancerz na rurze i woła:

– Zobac Wiku jak mnie tsęsie! Ahahaha jak mauupa na djucie! (Małpa na drucie.)

***

Matka miesza w garze, Córka bawi się z Siostrzyczkami. Ściślej – Pierworodna. Opiekują się lalami. Stara Młoda uśpiła wszystkie. I szepcze, że lale śpią, że trzeba teraz być cicho. Chwila faktycznej ciszy i Maja wpada na pomysł pobudki:

– Kuukukulyku kukulyku! – Krzyczy ile sił w płucach. – Nie mogą jus spać, tseba iść jowić cipki! (łowić)

– Cipki? – Pierworodna nie wierzy w to co słyszy.

– Nio. Cipki! – Woła na całe gardło bardzo z siebie zadowolona Maja.

– Cipki? – Jak echo zawiesiła się Siostra.

– Nooo? Jebki. – Maja poprawia się nieco redukując swoją wypowiedź.

– Jebki? – Oczy pierworodnej mogłyby wskazywać, że siadła właśnie na kaktusie, choć tak nie było.

– Jjybki!

– Aaa rybki! – W końcu wyłapała szyfr.

– Taaak.- Pęka ze śmiechu Majeczka. – No mówiee zie jybki!

I wszystko jasne. Oczami wyobraźni widzę Niedźwiedzia budzącego się zaraz po zapianiu koguta, zerkającego na zegarek z napisem „pora na ryby” zamiast godziny, a scena ta zdjęta była z bajki Masza i Niedźwiedź.

Od kilu dni Tata biega do pracy na 14:00, a wraca kole 23ciej. Oj znienawidzony to dla mnie tydzień. Motam się więc zupełnie sama. Ja i sześć szalejących, zmęczonych, głodnych itd. potforów. Spadła też na mnie kąpiel. Nad wyraz lubię tę czynność, a kochałabym ją wręcz gdyby wanna była z metr wyżej niż jest w rzeczywistości. Mój kręgosłup nie znosi jak się schylam. Cóż, jak się nie ma co się lubi to się trzeba chylać. Chylam się zatem myjąc te małe, śliskie słodziaki. Myjemy oczywiście od góry, szyja, brzuszysko, udka, sięgamy pomiędzy i Miśka zgłasza protest:

– A co ty mnie tak dlapiesz po cipce! Nie dlap mnie tak, bo tego nie lubię i nie chcę! – Głos sprzeciwu wyraźny i donośny. Poczułam się niemal jak zbrodniarz wojenny, a co najmniej pedofil. A ta nie kończy i krzyczy dalej!

– Cipka nie jest do dlapania, dlapanie jest nie miłe, nie lubię go stlasznie!

– Misiu – tłumaczę zażenowana – ale ja Ci tą cipkę chciałam tylko umyć, nie drapać, przepraszam jeśli Cię zadrapałam. – Spojrzałam na swoje paznokcie – obcięte na bardzo krótko. Zawsze jestem bardzo delikatna.

– Taaak? – Zdziwienie Misi zupełnie zbiło mnie z tropu.

– No tak. Zobacz umyłyśmy już nogi, ręce, brzuszek, i przyszła pora na cipkę. Ją też należy dokładnie umyć.

– Ahaaa dobla, to myj. – To rzekłszy udostępniła mi powierzchnię do mycia i nie stęknowszy nawet dalej manipulowała przy butelce z płynem do higieny intymnej.

Zastanawiające jest jak tak malutkie stworzonko broni już tego intymnego miejsca. Malutki człowieczek z poczuciem własnej godności, integralności, intymności. Było to wczoraj. Dziś się myjemy i na wszelki wypadek wymieniam co będę za chwilę mydlić i spłukiwać. Nie było sprzeciwów!

Oczywiście Calineczki uczą się myć same i skwapliwie to robią. Misia po wielokroć w całkowitym skupieniu myje uda i kolana, Maja zaś głównie dłonie i szyje przeraźliwie przy tym chichocząc. 🙂

Od kilku dni testujemy opcję z nie spaniem w dzień. Najpierw padło nam koło w wózku i usypianie w łóżku nie było łatwe. Następnie Młodzież mniejsza hasała jak szalona wywalając wszystko do gołego materaca, aż w końcu matka skapitulowała. Efekt? Wszystkie jesteśmy wykończone. One nie spaniem własnym, ja ich. Ale jest też plus. Wieczorem padają jak muchy! Dosłownie zaledwie w pięć minut i to już o 22:00. Muszę spróbować jeszcze z pół godziny wcześniej. Trochę wymaga to wysiłku, bo pierwsza osoba musi zacząć się myć już koło 18:00. Ciężko tak dużą dziatwę namówić do takiego procederu, ale wciąż mam nadzieję. Dzięki temu zaoszczędziłabym sporo czasu dla siebie i innych w godzinach wczesnonocnych. Kolejnym minusem jest ten brak ciszy w ciągu dnia. 3 godzinki na robienie lekcji/moje pisanie w całkowitej ciszy – to było zbawienne!

Jutro kolejny taki dzień. Dzień z brzydką pogodą, sama z gromadką… itd.

Niech Moc (czyt. Bóg) będzie ze mną!
P.S. W sumie jestem z siebie zadowolona. Mimo wielkiego zmęczenia i dolegliwości babskich comiesięcznych zrobiłam dwie zmywarki do pełna, obiad – niezdrowy hot dogi, czasem pozwalam, zwłaszcza jak jestem zdechnięta! – 4 prania, lekcje z polskiego klasa 4 – sama pomoc. Pomogłam w pracy technicznej – wazon z obciętej butelki litrowej klasa 5, i klasa 4ta praca plastyczna – symetria. Sprzątnęłam dwieście razy zabawki z podłogi, pranie wisi, poskładałam wcześniejsze i przy pomocy Pierworodnej tkwi nawet w szafach. Mam prawie pusty zlew. Tylko na kuchenkę i patelnie nie starczyło mi czasu ani siły. Panicz Mąż wrócił, zjadł, umył się i śpi. A ja jeszcze bazgrolę ku pamięci. 🙂 I rozmawiam na czacie! Jestem debeściara :-p

Czego i Wam życzę!

P.S. A tak serio – gdyby nie Szef na górze, to byłoby ze mną marnie. Padłam koło południa. Ojciec jeszcze był, Zuzanka już wróciła. Wsadziła mi we śnie obrazek Św. Ojca Charbela (w moim śnie, nie w jej), pomodliła się, nakryła matkę kocem i spałam godzinę. Wstałam prawie jak nowa! Przesadzam. Jak używka z małym przebiegiem. Ze średnim 🙂

Z Ojca Pio:

11. Nie ustawaj w poszukiwaniu prawdy, w zdobywaniu Najwyższego Dobra. Bądź uległa poruszeniom łaski Bożej, [ ulegle ] odpowiadając na jej natchnienia i powaby.

Nie wstydź się Chrystusa i Jego nauki (Epist. Iv; s. 618).

12. Kiedy człowiek lęka się i cierpi, by nie obrazić Boga, wówczas nie obraża Go i jest bardzo daleko od popełnienia grzechu (Epist. II, s. 61).

10 stycznia 2016r.

10 stycznia 2016r.

Dziś będzie nietypowy wpis. Trochę przemyśleń, trochę faktów, cała prawda.

Dziś katoliccy chrześcijanie obchodzą Niedzielę Chrztu Pańskiego. Wyjątkowa rzecz. Jezus to przecież Bóg, bez grzechu, a jednak przyjął chrzest. Dał przykład, zostawił znak. To tajemnica, którą rozumiem ściśle rodzicielsko. Jeśli modlimy się „Ojcze nasz” jak nas nauczył Jezus znaczy, że jesteśmy jego dziećmi. Wszak tylko dzieci mówią do taty Ojcze. Nie matka, nie brat, a dzieci właśnie. A dzieciom trzeba dawać przykład, bo jak wiemy (tu głównie rodzice i psycholodzy) słowa to za mało. Dzieci pociąga wyłącznie przykład, a słowa przykład ten utrwalają.

Jeśli mówiłabym dziecku, że palenie to zło, a sama bym paliła – jakim byłabym nauczycielem? Dla nich walczę. Nie palę. Gdybym mówiła dzieciom, że alkohol niszczy, a sama piła na umór czego by się nauczyły? Dlatego nie piję. Zatem dał nam Bóg przykład i dał się ochrzcić. Coś niesamowitego, wyjątkowego, osobiście bardzo dla mnie wzruszającego.

Ale nie tylko dlatego dla nas – rodzinnie – dziś także był to wyjątkowy dzień. Znów byliśmy w kościele razem. W pełnym składzie. I zdrowi i lekko chorzy, wszyscy byliśmy. Dawno nie udało nam się osiągnąć pełnego składu. Już nawet nie pamiętam kiedy.

O dziwo, Dziewczynki nie rozrabiały. Zrobiły tylko jeden spacer za rączkę do stajenki i włożyły kilka srebrnych monet aniołkowi kiwającemu głową. Ktoś by powiedział – kiwa dla kasy 😉 inny powie – podziękował ukłonem. 😉 I tak sobie myślę jak bardzo nasz punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… Zatem gdybyśmy nie przeszli wielu burz nie bylibyśmy w stanie zrozumieć przemokniętego. Czyż nie?

W takim świetle patrząc cieszą mnie moje bóle i porażki, a nawet fatalne wspomnienia!

Obserwowałam dziś trochę ludzi. Lubię to robić. Staram się nie odrywać myśli od Eucharystii, to często jest wręcz walka. Zwłaszcza gdy jesteśmy wszyscy właśnie. 😛

Calineczki były uroczo cukierkowe w swoich kolorowych kurtkach i widziałam, że ta część kościoła bardziej damska nie mogła oderwać od nich spojrzenia. Ładnie klękały, nie biegały jak inne dzieci, nie kładły się na podłodze i nie rzucały przedmiotami. Jak to rzekłam wyżej – o dziwo! Przy czym dziwię się  tu, a nie dziwy jakieś wzywam 😉

Moje rozbrykane, szalone, wszędobylskie bliźniaczki były tak anielsko grzeczne, że aż ciężko mi było w to uwierzyć i czekałam na wielkie buum. Ale nie nadchodziło! Z niezmąconym spokojem mogłam się pomodlić i nawet przez wszystkie czytania siedziały mi obie na kolanach. (TAK!) Kto ma wiercone towarzystwo braci maleńkich ten wie, że w wieku 2,5 roku to niemal cud! 🙂

Dziewczynki śpiewały, modliły się i prezentowały klasę i szczyt szczytów dobrego wychowania. Nie wiem skąd taka przemiana. Może dlatego, że dawno nie były w kościele, może dlatego, że było dużo osób, a może to zwyczajnie Duch Święty. Przysięgam – nie dawałam im nic na uspokojenie! 😉

Były z nami u Komunii. Dały się pomodlić po. Cud, miód i orzeszki! Przy błogosławieństwie standardowo ich rączką zrobiłam znak krzyża – wciąż się jeszcze uczymy. Nie wiem dlaczego, ale znaku krzyża zawsze uczymy się naprawdę długo. Stałyśmy w bocznej nawie, obok Matki Bożej. Zawsze tam stajemy. Zaraz za nami stała starsza Pani. Oj myślę, że nawet bardzo leciwa. Odziana w beżowy, ciepły prochowiec i brązową chustkę na głowie. Jej twarz była bardzo pomarszczona. Natychmiast skojarzyła mi się z obiema moimi zmarłymi już dawno Babciami.

Pani obdarowała mnie szczerym uśmiechem i gdy już zbierałyśmy się do wyjścia złapała mnie za rękę i pół głosem wprost do ucha powiedziała:

„Jest pani wspaniałą matką, niech Bóg panią błogosławi, i pani, i całej pani rodzinie.”

Podziękowałam i wyszłam z kościoła bardzo wzruszona. Nie wiem co ją tknęło do takiej odważnej i nad wyraz pięknej wypowiedzi… czy to, że małe były tak nienaturalnie wręcz spokojne (czytaj: grzeczne), czy to, że było nas dużo, czy to, że uczyłam ich znaku krzyża, czy jeszcze coś innego, ale chcę Wam powiedzieć, że tym jednym zdaniem ta starsza, obca osoba tchnęła cudowny wiatr w moje zmęczone życiem skrzydła. Poczułam się jakby sam Pan Bóg mnie pobłogosławił…

Nie, nie byłam elegancka. Moje (najlepsze) życiem styrane dżinsy, kurtka, zimowe buty – nie na obcasie, bez makijażu… Widać mi wory pod oczami i co chwila kaszlę. Moje paznokcie dawno nie pamiętają co to lakier, a włosy co to nożyczki. Taka zwyczajna ja. Zionąca cebulą, zmęczeniem i niedospaniem. Nie, problemy i zmęczenie nie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej wróżki, ale czuję się jakaś inna – odmieniona. To coś, czego nie umiem określić, zdefiniować, nazwać. Wszyscy posnęli, a ja siedzę i zastanawiam się na tym jak warto coś takiego powiedzieć drugiej osobie. Być może nawet uratujemy jej/jemu tym życie!

Stałam tam – już przy wyjściu – ubierając maluszki w czapki i szaliczki przez ułamek sekundy i patrzyłam na uśmiechniętego Męża, Synów, Córki, na smutnych ludzi wychodzących z tego samego kościoła co my. Przyjęliśmy tego samego Chrystusa, modliliśmy się tymi samymi słowami, śpiewaliśmy te same kolędy, słuchaliśmy tych samych ogłoszeń, kazania, wezwań. Dlaczego my wychodzimy zawsze odmienieni na twarzach, a oni nie. Czy tylko my zostawiamy Bogu nasze ciężary? Choć na chwilę stajemy się lżejsi? Rozejrzałam się. Nie, nie byliśmy jedyni uśmiechnięci! Była pani z trójką dzieci, jakiś pan, znów ktoś z dziećmi, kolejna kobieta. A każdy uśmiechnięty miał coś co jeszcze łączyło go z nami. Taki jeden dodatkowy, malutki szczegół! A wiecie co to było? To było małe, papierowe, czerwone serduszko. Serduszko z WOŚPu.

Tak! Ja, katoliczka dałam dziś kilka złociszy zmarzniętemu młodzieńcowi z WOŚPu! W ciągu godziny dałam jeszcze księdzu na tacę i aniołkowi kiwającemu łepetyną na tak. Nie pytałam ich czy nie zepsują moich złociszy, czy ich nie przepiją, czy nie wyrzucą za rogiem. Po prostu im zaufałam.

I wiecie co? Dobrze mi z tym.

🙂

Czy czuję się lepszym/gorszym człowiekiem? Nie. Jestem wciąż sobą. Alleluja! :)

Bóg Cię kocha! Pamiętaj! Niezależnie od tego komu dajesz kasę!

Powiem Ci więcej. Śmiem twierdzić, że kocha Ciebie i mnie tak samo jak jestem łajdakiem, nieudacznikiem, ciołkiem, kłamczuchem, brudasem czy głupcem! Kocha mnie grubą, nudną, chorą, zmęczoną i bylejaką! Kocha nas gdy pracujemy, zaharowujemy się na śmierć, gdy błądzimy, gdy nic nie robimy, gdy czekamy i gdy szukamy. Zawsze!

Właśnie takich. Takiego Ciebie i mnie jakimi jesteśmy dziś, tu i teraz.

A wiecie dlaczego tak nas kocha? Odpowiedź jest bardzo prosta! Bo Bóg jest miłością.

p.s. Myślę, że Owsiaka też bardzo kocha, a jego akcji błogosławi! Ot takie tam przemyślenia przy niedzieli 🙂

Z Ojca Pio:

10. Niech cię nie przerażają liczne zasadzki tej piekielnej bestii. Pan Jezus, który zawsze jest z tobą, będzie walczył razem z tobą. Nie dopuści nigdy, abyś upadła i została pokonana (Epist. III, s. 49).

9 stycznia 2016r.

9 stycznia 2016r.

Z wczoraj jeszcze.

Wieczór.
Franek wciąż z lekturą na nosie. A trzeba przyznać, że jak czyta to całym sobą i chyba nawet nie zarejestrował, że siedzi przy stoliczku Calineczek. Niczym Dziadek Kaźmirz. Ten też, gdzieś przycupnął i czytał aż mu wszystko zdrętwiało. Wciąż tak robi, tylko teraz już z nami nie mieszka stąd ten czas przeszły. Tak więc nos w książce.
– Dziwna ta lektura mamo, wiesz? – Duma.
– hmm? Która? Czemuż?
– Ten Pan Kleks jakiś dziwny. Oko se wyjmuje, piegi zjada. Brzechwa jak to pisał chyba sporo ćpał.

Zaiste Brzechwa fantazji lekturze nie poskąpił 🙂

***

Miśka śpiewa przy drugim śniadaniu:

– lala lala ba nanana uma maćna, mandalynka baldzo dzisiaj jeśt nie smaćna!

***

Zuza:

– Mamo co robisz? – Ciekawska.

– Rozmawiam i piszę równocześnie. – Odburkam pod nosem, bo jak piszę to nie gadam.

– Z kim? – Wszystko musi wiedzieć.

– Z psychologiem. – Otóż nie wszystko 😉

– Twoja koleżanka jest psychologiem?

– Owszem. – Nie da za wygraną.

– Aha hmmm fajnie.

Chwila przemyśleń Zuzanny, ja wciąż rozmawiam i piszę. Po chwili.

– Mamo co znaczy log?

– Love? Kocham – po angielsku.

– Nie love, a log? – Źle zrozumiałam słowo.

– Log? – Pisałam coś ważnego, więc zwyczajna domowa spychologia tymczasowa – Zuza jakoś nie kojarzę, zapytaj może taty, zajęta jestem. (Log, logi, logowanie – wertuję jakoś bezskutecznie mój wewnętrzny słownik, a Zuza wciąż myśli. Zalatuje mi informatyką jak nic.) Wiesz tata jest mądrzejszy i chwilowo nic nie robi. (przebłysk intelektu) A gdzie jest tak napisane?

– Nie, nigdzie, zastanawiam się skąd biorą się słowa. Wiesz psychol to wiem kto to jest, taki człowiek szalony. Psycholog to też niby wiem, no też w sumie człowiek. To co to jest ten log?

– …. patrzę zdziwiona.

– No log – psycho – LOG. Psycholog. Rozumiesz? Wiem co to psychol, nie wiem co to log? Od lekarz, bo leczy psycholi?

Padłam.

Drugi wieczór – choć teraz to już noc, późno zaczęłyśmy – oglądam filmy z moimi nastoletnimi Córkami Wiktorią i Zuzanką.

I wiecie co sobie myślę? Fajnie było je sobie urodzić 🙂

Córek, Przyjaciółek i szklanek nigdy nie za dużo! 🙂

Z Ojca Pio:

9. Pewnego razu, pokazując Ojcu bardzo piękną, rozkwitniętą gałązkę głogu z bielusieńkimi kwiatuszkami, zawołałam: ,Jakże one są piękne!..." "Tak -powiedział - ale piękniejsze od kwiatów są owoce" i wyjaśnił mi, że piękniejszymi od świętych pragnień są wykonane dobre czyny (WN, s. 49).